UCHO GARDŁO NÓŻ - adaptacja teatralna

28 marca 2005

28.03.05
Krystyna Janda
Adaptacja teatralna książki

UCHO GARDŁO NÓŻ
Vedrany Rudan


W tłumaczeniu Grzegorza Brzozowicza, JanuszaGranata i Władysława Szablewskiego




Nazywam się Tonka, z domu Babić, nie chce mi się spać.

Chodzę po domu, oglądam telewizję, siedzę na kanapie. Noc jest długa. Mam ochotę porozmawiać ….ale kto by chciał słuchać piędziesięcioiluśtamletniej baby. Tyle, że ja jestem aktorką. Ale kto by chciał oglądać piędziesiecioilustam letnia aktorkę, kto by jej dał rolę ….. kto by ścierpiał takie przedstawienie? Kogo w ogóle interesują piedziesiecioiluśtamletnie baby z problemami…gdybyście byli widownią już wstalibyście i wyszli…poszlibyście do domu… ale zamknęłam drzwi i nie wyjdziecie? To jest mój teatr, mój dom, nie da rady….
A tak poza wszystkim, nie …nie jestem stuknięta. Nie….
W telewizji najbardziej lubię dokumenty, i o zwierzętach. Oglądam wszystko bez dźwięku. Nie nawiedz hałasu, dźwięków, lubię ciszę. Rozumiecie to ?
A wy, kim jesteście? Co? Takimi co siedzą i patrzą z boku?….Akurat! Tylko na takich z wierzchu wyglądacie! Rozumiem.

O jakieś staruszki coś mówią.

A może w ogóle nie są staruszkami, tylko mają siwe włosy? I nie mają zębów? Ja też bym była siwą staruszką, gdybym nie płaciła, co trzy tygodnie fryzjerom kupę forsy żebym była blondynką a w ustach mam cztery tysiące, euro, dlatego mogę się śmiać, szeroko.
Kiedy miałam czternaście lat dentysta wyrwał mi na obozie lewą górną dwójkę. Całą młodość śmiałam się z zaciśniętymi ustami. Byłyśmy z mamą biedne. Wstawiłam sobie te dwójkę na dwudzieste siódme urodziny, ale został mi nawyk półuśmiechu, albo jak wolicie, krzywego uśmiechu.

O teraz jedna płacze…o i druga. A idźcie w cholerę! ( Zmienia kanał)

Chodzę, leżę, patrzę w zegar. Kiepsko. Kiepsko nie?
Coś musi się stać nie? Wy też nie macie nerwów ze stali. Jesteście ludźmi o mocnych nerwach, ale bez przesady, wasza cierpliwość ma swoje granice. Jak będę tak pieprzyła trzy po trzy, to mnie w końcu olejecie, nie?


Dobrze. Jestem Tonka. Leżę w łóżku. Patrzę w zegar. Mąż wyjechał do Lubliany. A ja postanowiłam, że gdy minie ta noc, zmienię całe swoje życie. Odejdę od niego, od tego wszystkiego. Zostawię to, pójdę, zatrzasnę drzwi i zapomnę. Wypnę się na dawne życie.

Teraz się pewnie zastanawiacie, co cię gryzie stara raszplo, dawaj, opowiadaj, posłuchamy. Pije? Kombinuje na boku? Bije cię?
Nieeeee!!!! Nie kombinuje w ogóle? Z nikim innym? Nigdy! Nie pije? Nie bije! To, co ci odbiło? Jesteś stara. Zastanów się! Masz męża do cholery. Trzymaj się go!
Macie racje! Do tego jest mądry, przystojny, dobry, i go kocham!
No to, co jest? Odbiło ci?
Tak. Uważajcie! Zostawiam męża i odchodzę z kochankiem, który jest-to będzie dla was ważne- dwanaście lat młodszy ode mnie.

Jutro rano, o siódmej, kiedy wy będziecie w swoich biurach, jakichś marketach czy w łóżkach lub urzedachpośrednictwapracy, bo jesteście bez pracy, albo w śmiertelnej agonii, albo na jakiejś dziwce, albo pod swoją żoną, alb na tłustym mężu, albo będziecie się wysilać przed swoich szefem ja….Złapię kosmetyczkę, wypnę się na wszystkie pierdoły, z których składa się życie- zdjęcia ślubne i pierwszy ząb mojej córki….i pójdę!

Mój mąż nazywa się Kiki, a kochanek Miki. Myślicie, że wam wciskam kit wciskam? Sugeruję wam, że nie ma większej różnicy, między Kikim a Mikim? Chcę wam powiedzieć, że wszyscy faceci są tacy sami. To staram się wam przekazać!
Nie można być normalną kobieta, nie będąc mężatką. Macie rację. Ja to chromolę!!!



O znowu te stare….

Myślicie, że jestem walnięta?
Właściwie nie powinno mnie to obchodzić, co o mnie myślicie się, ale jednak. Nie chciałabym żebyście mnie odebrali jako stukniętą babę w klimakterium, do tego po pięćdziesiątce….I nie myślcie, że to z powodu wojny. Zresztą…. Wybuchła wojna i wielu ludziom odpaliło, wszystkim nam odbiło, więc mnie też. PTS. Posttraumatyczny syndrom. Dobra opowiem wam swoją historię. I możecie myśleć, co chcecie, ale jeśli moja opowieść jest traumatyczna, to i wasza taka jest. Dużo o tym myślałam….Żyjemy w tym samym kraju, widzieliśmy to samo, to samo przeżyliśmy, to samo pamiętamy i będziemy pamiętać, kurwa! I dużo o tym myślałam!

Więc….Jaki sens ma porzucenie Kikiego? Tak? Co mi takiego zrobił Kiki, czego nie mogłabym wybaczyć? Czy ktoś od razu ktoś musi mnie tłuc, wydłubywać mi oko widelcem, gasić papierosa na tyłku, żebym go zostawiła? Zostawiam go, bo jest dobry! Bo go znam na wylot! Bo jest jak przeczytana książka. Wieś, która nie znika w płomieniach. Rzeka, która wiecznie toczy mętne wody. Ivo Robić i jego przebój „ Sidmenście masz lat dopiero”! Dlaczego?
I Nie mam serca z kamienia. Nie łatwo jest odejść. Spędziłam ze swoim Kikim trzydzieści lat.

Ok. Może wojna też jest winna. Może to całe gówno. Te wszystkie cuchnące trupy w telewizji i w gazetach uzmysłowiły mi, jak mało potrzeba żeby trzydziesto-, czterdziestoletnie, pięćdziesięcioletnie ciało przeistoczyło się w kłębowisko robali.
Ciągle oglądam telewizję. Od lat widzę ludzi w maskach. Wyciągają trupy ze stert, z grobów, z jam, a inni płaczą. Tak było cały czas w czasie wojny. Rzygam śmiercią. Rzygam chorwacką śmiercią! Ona jest wokół mnie. Czuję ją węchem, dotykiem. Widzę ją. Boję się jej.

Ja to chromolę!!1

Co oni tu dają? Może dziś jest Dzień Wyzwolenia Chorwacji? Albo Dzień Uchodźcy? Albo jakiś inny ważny dzień? A niech tam, nie włączam głosu!


Najbardziej lubię dokumenty. Kiedy przeczytam - oparte na faktach – to to jest to, mogę do trzeciej nad ranem. Albo wiecie, co lubię? Kiedy bohaterka niespodziewanie ….No wiecie. Wchodzi do wielkiej firmy, w której pracuje. Ogromny hol. Wokół niej pełno ludzi, Spieszą się. Każdy do swojej windy. Ona jest wziętą adwokatką, pod pięćdziesiątkę, ale wygląda na trzydzieści lat, bo ludzie nie lubią oglądać kobiet pod pięćdziesiątkę, które wyglądają na swój wiek…i nagle pada jak rażona piorunem. Wyją syreny karetek pogotowia. Jesteśmy w szpitalu. Szpital jest super. Pielęgniarki cicho przemykają po korytarzach…
Byliście kiedykolwiek w naszym szpitalu? Wyobraźcie sobie, że zjawiacie się w naszym szpitalu z udarem mózgu! Albo bez! Obdrapane ściany. Leżycie na noszach na posadzce w sali intensywnej terapii, a lekarz strząsa wam do oka popiół z papierosa….
Dobra zostawmy to….Jednym słowem tam wszystko cudnie, przychodzi mąż, co szaleje za nią, dzieci, ona ma zanik pamięci, wszędzie czysto, wszyscy uśmiechnięci, pierwsze kroki, odżywianie przez rurkę….a na początku było napisane „oparte na autentycznych faktach” , no normalnie dostaję orgazmu….

A ja? Mój przypadek to obciach. Jestem Serbką. To się wydarzyło w latach pięćdziesiątych. Gówno was obchodzi dokładna data, ale mnie, ulży każdy rok mniej. Nie mogę się pogodzić z moim wiekiem. To nie przez wojnę. Miałam z tym problem wcześniej.
Moja stara. Ona była bojowniczką roku czterdziestego któregoś. Prawdopodobnie jakiegoś drugiego czy trzeciego. Cała wojnę spędziła w bunkrze albo gdzieś nieopodal. Prowadzała też jakichś „towarzyszy” do lasu. Nie pytajcie mnie, po co ci ludzie chodzili do rozmaitych lasów, bo nie wiem. Nic nie wiem o partyzantach. Albo niewiele. Nie lubię historii, ani geografii. Gdyby moje życie zależało od tego, czy pokażę na konturowej mapie na przykład miasteczko Cazma, straciłabym to jedyne życie. Nic nie wiem o żadnych ofensywach. Nie znam ani jednego imienia bohatera narodowego czy sekretarza Związku Komunistycznej Młodzieży Jugosławii. Oczywiście wiem, kto to był towarzysz Tito. Ja w odróżnieniu od was, widziałam go setki razy. Stara, babcia i ja mieszkałyśmy w Uvali, a Uvala leży przy drodze, która Tito jeździł na wyspę Broni. Wiele razy w białych podkolanówkach i granatowej plisowanej spódniczce rzucałam kwiaty w stronę jego cadillaka i machałam papierowa chorągiewką...

O, na ekranie starcy rozmazują łzy na policzkach. Co im się stało? O, nie! Nie włączę głosu.

Nie powinnam wam tego mówić, ale powiem. Kiki, mój mąż, kiedy wyjeżdżał do Lubliany, pocałował mnie i wepchnął do kieszeni frotowego szlafroka pięć tabliczek milki. „myśl o mnie, póki nie wrócę”. W tej chwili wyciągam z opakowania, drugi kawałek czekolady. Przeklęte niech będą moje ręce. Przeklęte!!!
Nienawidzę bab w średnim wieku, które nie potrafią się oprzeć pokusom.
Kiedyś byłam chuda jak patyk. I moja matka była cienka jak patyk, w pięćdziesiątym którymś…Tak! W pięćdziesiątym którymś. Opatia. Urząd kwaterunkowy. Moja stara siedzi za drewnianym stołem. Wchodzi towarzysz. Wysoki. Czarny. Wąsaty. Ważny. W mundurze. Jest kimś, kto musi obejrzeć kilka opatijskich pożydowskich mieszkań, bo jakiś towarzysz z Komitetu Centralnego ma się przenieść do Opatij. A moja star musi pokazywać mieszkania. Idźmy dalej. Opatijska kamienica. Ładne mieszkanie na którymś tam piętrze. Chyba drugim. Stara podnosi drewniane rolety. Morze! Trzy wielkie sypialnie, salon, łazienka, dwa balkony, wysokie sufity, wielkie okna…Tak. Mieszkanie jest umeblowane. Na ścianach obrazy. Na sufitach kryształowe żyrandole. Moja stara ma na sobie spódnicę, bluzkę, krótkie bawełniane skarpetki do kostek i wojskowe buciory. Buciory latem? Dlaczego? Nie pytajcie mnie. Mam fotografię. Towarzysz i moja stara wchodzą do jednej z sypialni. Towarzysz rzuca starą na łóżko. Ściąga z niej płócienne majtki, które uszyła dla niej ciotka Milka. W kwiatki. Towarzysz rozchyla nogi mojej starej i wtryskuje w nią mnie. Stara nie wrzeszczała, nie zadawała pytań. Towarzysz wstał, zdjął z sufitu kryształowy żyrandol i zawinął go w narzutę - to dla towarzysza Komitetu Centralnego - powiedział towarzysz i wskazał zapakowany żyrandol. – Cześć – rzucił na obchodne. – Cześć – odpowiedziała moja stara. Cztery miesiące czekała na miesiączkę, a potem zwierzyła się ze wszystkiego innemu towarzyszowi. Tak, towarzyszowi. Nie koleżance. Towarzysz wysłuchał, i pojechał do Karlovca, a tam, tak się złożyło, że towarzysz Żivorad Babić, był szczęśliwym małżonkiem, ale także honorowym człowiekiem i mnie uznał. Wiec w metryce jest napisane ojciec- Żivorad Babić. I tak jestem raczej Serbką.


A teraz opowiem wam, jak dostałam obywatelstwo.

Patrzyłam w te oczy. W oczy tej pani. Zwykłe oczy. Ciemne. Umęczone. Trochę mętne. Takie jak wasze.

- Gdzie był Živorad Babić…?! - darła się.

- Živko - sprostowałam - Živko…

- Gdzie był Živorad Babić w czterdziestym siódmym?

- Ale jakie to ma znaczenie? - spytałam.

- Won! - wrzeszczała pani. - Won!

Wyszłam z tej sali. Przed drzwiami stali dwaj policjanci, nie było ich, kiedy wchodziłam, a kolejka oczekujących wydłużyła się aż do placu Belgradzkiego, który już się tak nie nazywa. Przebijałam się przez tłum Muzułmanów, Albańczyków, Bośniaków i Serbów, którzy udawali Chorwatów i tylko czekali, żebym wreszcie wyszła. Myślcie o mnie, co chcecie. Nie czuję się Serbką. Nie jestem Serbką! Nie jestem Serbką!!! Jebał was Živko pierdolony Babić! Weszłam do cukierni na placu. Chciałam trochę wody, żeby połknąć zieloną tabletkę apaurinu. Wtedy taka dawka mi wystarczała. Wiecie co? Ludzie zaczęli się ode mnie odsuwać. I węszyć. Wtedy dotarło do mnie, że się w tym biurze zesrałam ze starchu. Naprawdę zesrałam.
A potem Kiki dał tej kurwie tysiąc marek i dostałam zaświadczenie, że jestem Chorwatką. (...)


Moja matka była szychą. Miała bzika na punkcie partii. Gdyby w pęćdziesiatym którymśtam nie wydymał jej oficer bezpieki, zmarłaby dziewicą. Dla niej Partia była wszystkim. Ona, babcia i ja spędziłyśmy życie w suterenie, a mogłyśmy mieć pożydowskie mieszkanie! To stara mi powiedziała. Urządzone, z żyrandolami, obrazami, meblami, pościelą…Kumacie? Tylko się wprowadzić i zostać ludźmi. Nigdy nie wybaczę mojej starej, że odmówiła przyjęcia pożydowskiego mieszkania, choć mogła przebierać. Ja z naszej sutereny mogłam oglądać tylko ludzkie nogi!

My teraz jesteśmy bogaci, w pewnym sensie. Zawsze myślałam, że będę bogata. Kiedy mój Kiki sprzeda pięć, sześć, kradzionych garniturów, dostajemy dwa tysiące. Człowiek się wtedy czuje inaczej, pachniesz palomą picasso, na nogach masz bruno magli, jesteś owinięta kaszmirowym szalem burberry….Stajesz się innym człowiekiem. Ale ryzykujesz.

Pewnego razu, kiedy była wojna i zaciemnienie, Kiki i ja przewoziliśmy przez granicę pól miliona marek w naszej starej zastawie sto jeden…..Celnicy są tylko ludźmi, kiedy zobaczą w samochodzie małe dziecko, czy paczkę z pieluchami albo odżywki dla niemowląt….to serce im mięknie, wiec do naszej stojedynki wepchnęliśmy naszą małą Aki, która się darła jak opętana, bo była w telewizji
„Santa Barbara” a ona to uwielbiała. Potem Kiki wsadził to pół miliona marek do różowego kuferka Barbie naszej Aki. Nie mieliśmy pewności czy dziecko w samochodzie wystarczy, wiec Kiki kupił w kwiaciarni wieniec pogrzebowy, a na szarfie kazał napisać: „Ostatnie pożegnanie ukochanej cioci Jożicy – Aki, Kiki, Tonka.” I od razu jak go przyniósł to strasznie się o ten wieniec pokłóciliśmy. Powiedziałam: - Kiki, jak mogłeś na białej szarfie napisać ciotce „Ostatnie pożegnanie”? Biała szarfa jest tylko dla dzieci…..- Nie gadaj bzdur - burknął Kiki.- Nie mieli fioletowej. Jest wojna. Zużyli wszystkie fioletowe szarfy. Jakie znaczenie ma kolor szarfy? – Kiki, tłumaczyłam- człowiek musi uważać na każdy szczegół, kiedy przez granicę przewozi pół miliona marek, Możemy mieć przerąbane z powodu szarfy. Kiki się wkurzył. Szkoda, że nie znacie Kikiego. To dobry człowiek. My się kochamy. Od trzydziestu lat jesteśmy razem. Jutro go zostawię, ale to nie znaczy, że go nie kocham. Ludzie po prostu odchodzą jedni do drugich. Okej. Rozumiem. Gówno was obchodzi, dlaczego zostawię Kikiego. Okej. W każdym razie, Kiki rzadko się wkurza. Ale jak się wkurzy…! A wtedy właśnie się wkurzył. Rzucił, a właściwe cisnął wieńcem z ostatnim pożegnaniem dla cioci Kożicy o podłogę kuchni. Nagle zrobił się blady jak ściana.-Kurwo przeklęta!- wrzasnął. Mój Kiki do mnie nigdy, ale to nigdy, przenigdy nie mówi „kurwo”. – To jest walka o przetrwanie! Walka na śmierć i życie! Albo przejedziemy tę jebaną granicę, albo nie. Dlaczego mnie gnoisz? Dlaczego robisz mi piekło? Pomóż mi! Pomóż głupia dupo! I rozpłakał się. Łkał przepełniony takim żalem….Objęłam jego głowę, siedział na podłodze w kuchni obok wieńca z białą szarfą. I jak już wam mówiłam, łkał. Było mi przykro, że mnie nazwał kurwą. Ale zawsze istnieją okoliczności łagodzące. Objęłam go i mówiłam: -Nie płacz, nie płacz…tylko pomyśl, że to nie jest w porządku, kiedy na wieńcu dla starej kobiety, dla cioci Jożicy, będzie biała szarfa…..I wiecie, co? Nie uwierzycie. Kiki wybuchnął śmiechem. Głośnym. Naprawdę głośnym. Ryczał. Widziałam jego koronki. Powinien sobie zmienić koronki. Wstawić porcelanowe. Trzysta euro za sztukę, a to jest kupa forsy. Tylko nie pozwólcie się wykiwać. By wam dentysta złodziej, wstawi porcelanę i na górne i na dolne zęby. I was zrobi wtedy w konia. Bo coś takiego się niszczy. Ściera itd.
– Tonka – powiedział do mnie - skup się! Ciocia Jożica nie istnieje. Nie ma jej. Nie umarła. Nawet nie żyła. Nie mam nic wspólnego z ciotką Jożicą, a nawet gdybym miał, ciotka Jożica ma w dupie kolor szarfy. Ona jest martwa. I przestańmy o tym mówić, bo jestem wykończony.
Trzymałam głowę Kikiego na piersiach, duża czwórka, 85C i gładziłam jego włosy.
- Kiki, powiedziałam. – Dobra. Wszystko rozumiem, ale weźmy na przykład filmy. Złodzieje wpadają an drobiazgach. Mają wielkie plany a potem wpadają.
- My nie mamy wielkich planów- westchnął Kiki. Ja tyko chcę, jeśli ty mnie nie wkopiesz, przewieźć do Słowenii pięćset tysięcy marek. Wtedy kumpel da mi samochód. Tylko tyle. Czerwone audi, które dostaniemy, ma kosztować dokładnie pięćset tysięcy marek. A czym jest siedmioletnie audi?! To gówno a nie interes!
I wiecie, co? Wsiedliśmy do naszej zastawy. Aki siedziała z tyłu. Przejechaliśmy przez granicę. Był trzydziesty grudnia. Kiedy wracaliśmy Kiki zatrzymał się przed granicą. Wyciągnął wieniec z auta, wyrwał szarfę z ostatnim pożegnaniem i cisnął wieńcem w krzaki. Nie wiem jak wam to wyjaśnić, ale zrobiło mi się tak ciężko na sercu….Dlaczego Kiki nie czuje żadnego szacunku do zmarłej ciotki Jożicy? Ten wieniec był jednak oznaką miłości. Okej, szarfa była nie ta. Ale nie mogłam znieść, że można wyrzucić wieniec w pierwsze lepsze zarośla. A jak ktoś się tam załatwił w te zarośla? Ludziom zawsze przy granicy się chce. Ze strachu, stresu, paniki….Więc mnie to zabolało. To mnie bardzo zabolało. Tego mu nie zapomnę

Na ekranie teraz płaczą starcy. Nie włączam głosu, ale widzę, że płaczą. Wycierają oczy i nosy. Och ile tego płaczu! Wiecznie i wiecznie. Starsi ludzie nigdy nie używają papierowych chusteczek. A kiedy idą na bazar zawsze zatrzymują się przed straganem z gaciami z Turcji, podkoszulkami i wielkimi płóciennymi chustkami do nosa, zauważyliście?….

Wiecie, co? To jest niesamowita przesiadka wskoczyć do audi ze stojedynki. Czerwone wielkie, audi sto. Rocznik osiemdziesiąty ósmy.

Znowu płaczą, teraz inni starcy. I rozkładają swoje chustki. Dla mnie to dziwne. Ludzie płaczą, wycierają nos w wielkie chustki, potem je rozkładają i oglądają zawartość…o prawie wszyscy….

Czasami nienawidzę umyśli, że kiedyś umrę a inni zostaną. Ale jeszcze trochę. Nie sądzę, że ze mną już koniec. Lubię się uperfumować, chce się rozejść, wyjść za Mikiego, adwokata. On przyjedzie po mnie jutro o siódmej rano.

Mam problemy z zasypianiem. To z powodu klimakterium. Albo wojny. W ogóle nie sypiam. Teraz też, o, gapię się w ekran.

O wybory. Namioty. Politycy zapraszają ludzi do swoich namiotów. Chuj im wszystkim w dupę! Nigdy nie chodzę na wybory. Mam gdzieś politykę. Mam włączyć głos? Żebyście usłyszeli, co mówią? Nie. To zbyt przygnębiające. Mogłoby was to załamać…..

O czym to ja opowiadałam? A, czerwone audi. Wczoraj facet walnął we mnie z lewej strony i dlatego boli mnie lewa ręka. A wszystko robię lewą. Tylko piszę prawą. Kiedy piszę. A nigdy nie piszę. Bo niby, do kogo? Kiedy ten człowiek wysiadł z samochodu, nie wiem jakiego, nie znam się, wrzeszczał:
- Pani jest nienormalna! Czy pani jest noramlana? Mogła pani zabić i siebie i mnie!
Nie cierpię awantur, wrzasków i dzielenia włosa na czworo. Nigdy się nie kłócę, więc tyko mu się przyglądałam.
- Dlaczego pani milczy? Kto pani dał prawo jazdy?
- Wydział komunikacji w Matuli, w siedemdziesiątym ósmym- odpowiedziałam- tam zadałam egzamin. Ale teraz tam nie ma tam już szkoły jazdy. W tym budynku. Sprzedają tam teraz lodówki. Boscha.
- Co pani?! Zwariowała?! Czy pani jest pijana?!
Nigdy nie piję. I dlaczego miałabym być stuknięta? Ludzie zawsze myślą że zwariowaliście kiedy odpowiadacie na pytania. On mnie spytał - „Kto pani dał prawo jazdy?” Odpowiedziałam: Wydział komunikacji w Matuli”. Co w tym szalonego? Czy powinnam milczeć? Wezwać swego adwokata? Przyznać się?
„ Jestem winna”? Ale on mnie nie pytał czy jestem winna. Tylko, kto mi dał prawko. Przyjechała policja. Dmuchaliśmy. Mówiłam wam, że nie piję. Odholowali nasze auta. Juto odchodzę od Kikiego. I czego mi będzie brakowało? Naszego starego czerwonego audi- rocznik osiemdzesiaty ósmy. Nie powiedziałam wam najważniejszego. Dlaczego lubię ten samochód. Kiedy go prowadzę nikt na mnie nie trąbi. A kiedy jeździłam stojedynką, trąbili na mnie wszyscy. Siedząc w audi odciągam od siebie uwagę, a ja nienawidzę, kiedy na mnie patrzą, kiedy mnie zauważają. A kiedy trąbią. Dostaję szału. Kiedy muszę odpowiadać na pytania też. To przez wojnę. Jestem znerwicowania. Okej. Przez wojnę. Nie oczekuję żeby państwo dało mi kasę, dlatego że jestem kłębkiem nerwów. Jestem niespokojna. Okej. Ale mam powód. Zaraz powiecie, że jestem patetyczną, przewrażliwiona dupą, która nie pojmuje wojny i tego, co oni nam zrobili. Wiem „co Oni nam zrobili”! Ale ja mam w dupie „ nam”! Co ta wojna zrobiła mnie! Mnie! Mnie!
Co, mam wyjść na ulicę i krzyczeć Jestem Serbką?! Przepraszam!


Moja stara nie przejmowała się brzuchem, dostawała na mnie jakieś kartki, olej, cukier i pięćdziesiąt kwadratów tetry na pieluchy. Nigdy nie brakowało jej miłości. Ona, niezależnie od tego, że dla was i dla mnie zakrawa to na kpinę, kochała Partię. Ja byłam jej prezentem od Partii. Dręczonym przez delegata. Próbowałam, tysiąc razy próbowałam dociec, dlaczego stara nie domagała się od Partii czegoś więcej. Na próżno. „Nie o to walczyłam”. O to? Co jest? Co to jest „to”, o co walczyłaś, stuknięta babo? Moja stara zdechłaby z głodu gdyby Kiki nie sprzedawał kradzionych garniturów i krawatów. „Dzięki temu mogę spokojnie spać”. Naprawdę? Ale ja nie śpię spokojnie mamo! Dlaczego spieprzyłaś mój sen? „Takie były czasy” Pies ci jebał te czasy, mamusiu!
A…was i tak gówno obchodzi, co czuję!

Kiedy się pierwszy raz bzyknęłam z Kikim, darłam się jak opętana. Nie miałam orgazmu. Darłam się dla jaj. Niech serbski krzyk rozdziera chorwackie powietrze pomyślałam. Kiki to mąż, Miki to kochanek. Okej?

Co? Kiedy poznałam Mikiego? Jak? Gdzie? Czy jest dobry w łóżku? Odchodzisz z nim? A gdzie będziecie mieszkać? Jest żonaty? Rozwiedzie się?
A gdybym to ja zaczęła was pytać? Jak to było? Czy zdradzasz męża? Czy twoja kochanka ma orgazm? Dlaczego wasze dorosłe dzieci moczą się w łóżku? Dlaczego wasza córka się puszcza? Dlaczego sypiasz z najlepsza przyjaciółką własnej żony? Lubicie wtykać nos w cudze życie? Co? Lubicie. Dlaczego nie uporządkujecie własnego życia?

Co w telewizji? Wciąż płaczą. Dziennikarka podtyka im mikrofon pod nos i sama delikatnie chlipie. Tak że kamera w pierwszym palnie wyławia jej łzy. Suka. Fałszywa suka. Płacze. Na potrzeby programu. I jest tak umalowana, żeby łzy nie rozmazały makijażu. Lecą tylko łzy. Oczu nie ma czerwonych. Błyszczące. Jej smutek jest dyskretny. Wytworny Uprzejmy.
Ten kraj tonie po uszy w gównie suko! Ciemnota i kołtuństwo! Głód i chaos! A ty płacz za kasę suko!. Elegancko płacz!
Kłamcy!

Dobrze…
To, co powiem teraz zostanie między nami dobrze?. Nie powiecie nikomu? Było by mi miło gdybyście to zachowali dla siebie. Wiecie jak Dalmatyńczycy nazywają ludzi, którzy umieją dochować tajemnicy? „Głowa bez języka”. Ja jestem „ Językiem bez głowy” i pasuje mi to. Powiem wam, ale zachowajcie to jednak dla siebie. Kiedy wyście pierwszy raz się dymali? Jak było? Zapomnieliście? Powiem wam…. nijak. Okej, Nie gniewajcie się , to był tylko taki mały żart….Jak było pierwszy raz? ……Ja bym przeskoczyła ten pierwszy raz z Mikim ….No dobrze, dobrze….powiem.

Poszłam do Mikiego z Elą. Moją najlepszą przyjaciółką. Do jego kancelarii. Miki jest adwokatem. Od rozwodów. Kancelarię ma w centrum. Pomalutku…jak wygląda Miki?
Wszyscy adwokaci są dla was mniej więcej tacy sami. Ciemny albo jasny garnitur: cavali, zegna, boss, albo cos innego- kradziony. Biała koszula- kupiona. Jedwabny krawat – kradziony. Ogoleni. Drogie perfumy, aramani albo boss- kupione. I to byłoby tyle. Miki. Jest młody. Biuro ma pstrokate. Wielki skórzany fotel w gabinecie. W poczekalni zwykłe krzesła. Szare. Fotel w gabinecie tylko wygląda na skórzany, ale wcale nie jest. Skąd wiem? Ma skórzany fotel z dobrej imitacji skóry. Na biurku zdjęcie żony i córki. Żonę ma młodą. Blondynka. Baby Blue.

Ja też raz chciałam być baby Blue, poszłam do fryzjera. Przekonywała mnie, że jestem. Poszłam an pogrzeb sekretarki prezesa Jadropavla, siedziałam w trzecim rzędzie i płakałam, a jakiś typ za mną powiedział do drugiego typa: „ Przeleciałbym tę żółtą” Powiedział „ żółtą”. A chodziło mu o mnie. No i skumałam, że nie ufarbowała mnie na żadne baby Blue, tylko na żółto, że fryzjerka zrobiła mnie w konia. Wiec zmieniłam i fryzjerkę i kolor, ale jego żona, ona jest baby Blue. I ma studia. Nie twierdzę, że przeczytałam mnóstwo książek. Nie twierdzę też że czytam od dechy do dechy „ Hej” „ Prawdziwe historie” czy „Caludię”. Ale czytam. Również romansidła. W tych szmatławcach do bzykania dochodzi an samym końcu, po długich cierpieniach, cierpieniach i rozterkach i wyrzutach sumienia. W rozmasidałach żona bohatera jest podła suką, a panienka, którą chce przelecieć bohater jest dziewicą. Na koniec żona ginie w wypadku samochodowym i z głowy, oni mogą się bzyknąć. Nic z tego. Żona Mikiego nie jest suką. Jest normalnym stworzeniem, które pracuje w Allianzie i którego nigdy nie ma w domu. To jej krwawica. W naszej biedzie namówić kogoś na ubezpieczenie kawalerki, domu, czy starej lodówki. Ona ciężko pracuje. Mikiemu i jej się nie przelewa. A bzyknęliśmy się ot tak.
Poszłam potem do niego bez Eli. Tak jakoś mnie „zaprowadziło”. Noszę superbieliznę, bo Kiki zawsze jak widzi coś ekstra w numerze 85C to odkłada dla mnie. Tego dnia miałam świeżo ufarbowane włosy, obcisłe rajstopy, dostatecznie grube żeby nie było widać popękanych narzynek, czarną sukienkę zapinaną na jeden guzik. Jeden! I tak mnie jakoś tam zaprowadziło. Przeczucie. Stanęłam przed biurkiem Mikiego. Siedział w tym fotelu, o którym myślał, że jest ze skóry, dopóki mu nie powiedziałam, że to wcale nie skóra, tylko dobra podróba. I odpięłam ten jedyny guzik. Chciałam żeby moje rozbieranie się wypadło spontanicznie, a nie na zaplanowane. Tak jakby mi do łba z znienacka uderzyły hormony do głowy.
Do czegoś się wam muszę przyznać. Moje hormony mi nie uderzają do głowy. Ani spontanicznie ani w sposób zaplanowany. Nie mam już hormonów. Albo je mam, ale ich nie czuję. Mam głęboko gdzieś sex. W ogóle nie mam ochoty na bzykanie. No to, po co się rozbierałaś sprzed obcym facetem? Nie? Nie wiem. Rozumiecie. Nie wiem. Z przeczucia. Rozebrałam się i tyle. Bez pożądania i specjalnego namysłu. Może z nudów, chęci zmiany, a może z ciekawości.

Połknę apaurin. Bo się zaczynam denerwować. Łykam trzy zielone. Bez wody. Aki nie wie, że mam sześć opakowań apaurinu. Gdyby wiedziała byłaby chryja. Raz połknęłam całe opakowanie. Chciałam się zabić. Tak. Nigdy nie chcieliście się zabić? Akurat! Z wielkiego powodu, albo bez powodu?
Wiecie, co mnie meczy całe życie? Jak znaleźć jeden cholerny powód, dla którego warto żyć. Spójrzcie na mnie. Urodziłam się w Opatij. Życie z matką i babcią spędziłyśmy w suterynie. Przez cały ogólniak chodziłam bez górnej lewej dwójki i w cudzych sukienkach, więc nie mogłam się śmiać. Poszłam na pedagogikę, bo tam szli tylko opóźnieni i biedni. Tam poznałam Kikiego. A mój Kiki to nieudacznik. Pobraliśmy się a potem….Jesteśmy czasem bez kasy, nasza córka wlecze się przez uczelnię jak kot z przetrąconą łapą, bo nie stać nas na zapłacenie kilkuset marek za każdy egzamin ….
No dobra. Połknęłam garść tabletek i zasnęłam. Obudziłam się szpitalu. Kiki płakał przy moim łóżku. Zanosił się od płaczu. Zdziwiło mnie to. Dlaczego Kiki płacze? Dlaczego mnie nie rozumie, choć gramy w tym samym filmie? Jeżeli on mnie nie rozumie, to, kto mnie zrozumie? Dociera do was, co mówię? A on płakał i powtarzał:, „ Dlaczego, dlaczego, dlaczego….”Wtedy skumałam pierwszy raz że Kiki i ja to dwa różne światy.

Hej! Chcecie żyć? Jesteście to tego przywiązani? Dlaczego się nie pozabijacie? Co was dobrego czeka? Nowe wybory? No to czekajcie.

Łyyy. Rozrywkowych, nie lubię….


Leżę wypacykowana, puder w płynie, szminka, maskara, rano wyskoczę tyko z piżamy w dżinsy i zmienię życia bieg….

Lewa ręka boli mnie coraz bardziej.

Było mi przykro, kiedy mnie obudzili w szpitalu. Akurat chcesz cos zmienić z życiu, a oni ci płuczą żołądek. No…. i rozmawiają z tobą. Ze mną gadała młoda pinda, lekarka. Wielkie zdziwione niebieskie oczy. Blond laska. Wysoka. – Ja panią rozumiem. Życie jest dzisiaj ciężkie. Ale dlaczego pani nie myśli o najbliższych którzy tak panią kochają?

O, następni płaczą! Mieszanka płaczu….

-Kiedy po raz pierwszy przyszło pani do głowy żeby…..?
-Kiedy po raz pierwszy przyszło mi do głowy żeby się zabić? – dokończyłam- Pindo jedna! W dwunaste urodziny.
- Dlaczego?
No widzicie, widzicie, jakie to głupie pytanie? - Dlaczego? Jaki był powód? Co mi się stało? Czy tort był za mały? Czy mama mnie zbiła? Jak mam wyjaśnić tej schludnej pindzie z jasnoróżowym lakierem na paznokciach, dlaczego chciałam się zabić na dwunaste rodziny? Świętowaliśmy w ogrodzie. Przed sutereną, w której mieszkałyśmy stara, babcia i ja. Dostałam od babci ładną sukienkę, zieloną i halkę z tiulu, różową. Tort upiekła ciocia Zara, bo moja stara nie umie piec ciasta. Ani babcia. Zdmuchnęłam świeczki, piłyśmy coktę z moimi koleżankami i wtedy przyszło mi do głowy, że to wszystko dalej nie ma sensu. Poszłam do naszej sypialni, sypiałyśmy tam razem ze starą, siadłam na naszym małżeńskim łóżku i spojrzałam w lustro - psyche. Toaletka-psyche, była to szafka z lustrem. Patrzyłam na moje stręczące łopatki, które mojej przyjaciółce Keti wcale nie sterczały, i kiedy patrzyłam w lustro przyszło mi do głowy, że należałoby się zabić. Że nie ma żadnego sensu męczyć się przez całe życie żeby potem jeszcze na koniec umrzeć w mękach. Pewnie już wtedy wiedziałam, że nie będę miała kasy na kroplówkę z jakimś narkotykiem na koniec. Nie chcę umierać bez kroplówki…a wy?
Ta młoda lekarka, w rozpiętym fartuchu, zaprowadziła mnie na onkologię. Żebym zobaczyła, jak ludzie rękami i nogami, i głowami bez jednego włosa, walczą o życie. O chemioterapię, na którą ich nie stać, o naświetlania, na które muszą czekać miesiącami. Zaprowadziła mnie tam, żebym zobaczyła ze oni nie zadają sobie durnych pytań i nie oglądają swoich obojczyków. Oni, choć łysi, gnijący, pożółkli, i biedni, z odciętymi cyckami, z torebkami na mocz, bez kiszek i pęcherzy, są przepełnieni radością życia. Radością życia! Dociera do was? Człowiek musi mieć raka, żeby zrozumiał, na czym polega radość życia w całej krasie! A ja, Bogu dzięki zdrowa i żywa, otoczona troską i miłością rodziny, samolubnie łykam tabletki.
Tak się wkurzyłam! I chciałam jej powiedzieć, tej lasce. Chciałam. Była młoda tak jak ja na początku tej krwawej jatki. Chciałam jej powiedzieć jedno: -Jesteś młoda. Nic nie wiesz. Nic nie widziałaś. Nic nie przeżyłaś! I twoje szczęście. A teraz słuchaj - spędzisz życie, wśród takich jak ja. Wśród kolegów, z którymi będziesz walczyć do upadłego o każdy wyjazd na zagraniczne stypendium. Będziesz szukała fachowców żeby ci odmalowali oddział. Będziesz szukała „ sponsorów” a ludzie ci będą umierać pod bokiem. Kiedy fachowcy odmalują ci oddział, zdobędziesz trochę leków i sprzętu, uratujesz kogoś, a wtedy szef cię przeniesie na inny oddział. Nieodmalowany i bez sprzętu. Będą ci ludzie umierać Nie będziesz mogła ich ratować, bo nie będziesz miała jak. Za każdy wyjazd na stypendium dasz komuś dupy, albo wyciągniesz forsę od jakiegoś Kikiego, co płacze przy łóżku swojej Tonki. Będziesz w bólach rodzić….I będą ci ludzie wciąż umierać…..Chciałam jej powiedzieć jak cię stać na życie z tym wszystkim ….Ale jej nic nie powiedziałam. Milczałam.

A, wy? Spytajcie kochanego Boga, gdzie jesteście? Tu? No to muszę wam opowiedzieć gdzie jesteście…Miałam siostrzeńca. Okej. Dalej go mam, ale teraz już nie jest mały Bogu dzięki. To się zdarzyło, kiedy miał trzy, cztery lata. Bawiliśmy się w chowanego u mojej szwagierki. Mój szwagier miał ukryć brzdąca, a ja miałam go szukać. Byłam wtedy młoda „pełna życia” powiedziałby ktoś, kto mnie nie zna. Mój szwagier jest kretynem. Otóż to. Dokładnie kretynem. Jak wielu tutaj. Nie jakimś wyjątkowym. Zwykłym idiotą. No i ukrył małego Bakiego. Schowanie małego brzdąca w trzydziestometrowym mieszkaniu traktował jak wojnę. Kwestię życia albo śmierci. Chciał mi za wszelka cenę udownonić, że Bakiego nie znajdę. Że jestem na to za głupia. Schował go do kosza na brudną, bieliznę. Ja smarkacza w ogóle nie szukałam. Tylko krzyknęłam: „ Baki gdzie jesteś?” A Biki z kosza wesoło zawołał: -„ Tutaj”. I szwagier go zlał. Pasem. Mały po szóstym czy siódmym chowaniu się ledwo chodził, ten bił go za każdym razem i za każdym razem mały szeptał: - „Tutaj”….No i co mi ten szwagier chciał udowodnić? A ja za każdym razem wołałam: -„Baki gdzie jesteś ?” Jak głupia bydlaczka. A to małe, słaniało się a odpowiadało: - „Tutaj”. Co ja mu chciałam szwagrowi udowodnić? Tacy są tutaj ludzie….

Wtedy poszłam do Mikiego, adwokata i rozpięłam sukienkę, nie wiem dlaczego. Sukienka był szałowa, na jeden guzik. Miki na mnie patrzył. Kobiety przeważnie nie są pewne siebie. Rzadko, która ma odwagę się rozebrać przed obcym facetem i pierwsza coś zaproponować. Tylko na filmach. Ale scenariusze do filmów piszą faceci. My kobiety nigdy nie rozbieramy się przed nieznajomym. A ja to zrobiłam. Nie, dlatego że jestem odważna. Nie, dlatego że mam sporo lat i tupetu. Nie. Miałam to w dupie, co on zrobi. Jasne? Było mi wszystko jedno. Mógł powiedzieć „ Proszę pani…tak i tak…” jak to faceci, kiedy odtrącają kobietę. Nic o tym nie wiem, nigdy mnie nikt nie odtrącał. Żaden mężczyzna mnie nigdy nie odtrącił, bo nie faceci generalnie nigdy nie interesowali. Ani kobiety. Nie, nie jestem oziębła. Tego nie powiem. Ani że nie wiem, co to orgazm. Wy naprawdę nie rozumiecie. Mężczyźni mnie zwyczajnie nie interesowali. Są jacyś przewidywalni. Przynudzają. Nie chcę powiedzieć, że są głupi, nudni, że są tępi, bo to nie byłoby fair. Nie zapoznałam wszystkich mężczyzn, którzy chodzą po świecie. Mówię tylko o tych, których spotkałam. Chcę powiedzieć, że być może nie maiłam szczęścia do relacji damsko-męskich, nigdy nie przeżywałam jakiś tam dramatów.

Teraz już mam, co prawda trochę lat….Ale nie martwię się tym zbytnio. Żałuję, że jestem stara, tylko z czysto estetycznych powodów. A drugiej strony nie chciałabym być tak młoda jak młodzi są teraz. Nie chciałabym mieć dwudziestu lat. Dupa i młodość, nie była kiedyś tak modna jak teraz. Dupy nie były gwiazdami, nie udzielały wywiadów, nie mówiły, co myślą o wojnie, pokoju, turystyce, rozczłonkowaniu chorwackiego wybrzeża, rozminowywaniu, urokach Dubrownika. Dupa to była dupa. I tyle. Na uczelniach, w biurach, szkołach, kancelariach, kancelariach służbowych samochodach, hotelach, miedzy kolanami szefów. Nie było ich zresztą znów tak dużo. Za moich czasów nie tak dużo lasek przebijało się tak przez życie. Teraz jest inaczej i to mnie trochę niepokoi. Z powodu Aki zresztą. Okej. Mam to właściwie gdzieś. Nie biorę udziału w tym wyścigu. Miki, który dziś rano zapuka do drzwi, nie będzie pukał z powodu dupy. On mnie kocha. Ale dziś na świcie rządzą dupy. W gazetach, radiu, telewizji….Piętnastoletnia cycusia o długich nogach daje wywiad, co myśli o Bin Ladenie…Wszystko kręci się wokół młodych dup. One są na tytułowych stronach, są głównym tematem, wiadomością dnia i breaking news. Nie jestem zazdrosna. Pieprze to….

Co przeszkadza Wam moje słownictwo? Zbyt mocne słowa? Do tego w ustach kobiety. I do tego kobiety w latach. Przyjmuję do wiadomości zgadzam się. Okej. I pieprzę i to. Bo straszne z was gnojki. Dajecie osoba manipulować. Pozwalacie, żeby wam wygłodniałym, podrzucali jako temat dnia historię sukcesu jakiejś pindy, zamiast ratować was od tego świata. Od głodu…. Ale kiedyś ktoś wam to mówi, kiedy w całkowicie dobrej wierze ktoś uświadamia wam to, zwróci wam na to uwagę, kiedy stara otworzyć wam te tępe, ślepe oczy, to wtedy się okazuje, że to ten ktoś ma problem a nie wy. Ma problem ze sobą oczywiście. Nie ze światem. Ja mam problem? Ja.
Bo używam wyrazów? A co wy nie jesteście pełnoletni? Gdybyście byli mali, to byście już dawno spali. Ale i mali, już w przedszkolu wiedzą, co to jest na ch…. Czy p…tylko nie robią z tego afery. Póki są mali. Póki nie zrozumieją. Bo kiedy zaczynają coś kojarzyć, starsi im od razu wyjaśniają, co to jest i że to wszystko łącznie z pierdoleniem jest nieprzyzwoite. I od tego momentu używają tego świadomie, i to jest protest. Czasem jedyny, na jaki ich stać….jeśli akurat nie ma wojny i nie mają kogoś do zabicia pod ręką.

Zaczyna was wkurzać moje nocne kazanie? Rozumem. Ale co będziecie robić beze mnie. Co wy w ogóle robicie? Hej! Ludzie! Nie przyszło wam do głowy, że macie dobry nastrój, bo właśnie jesteście ze mną? Że mój dobry humor jest zaraźliwy? I teraz wasza normalna śpiączka, w której żyjecie trochę wam przeszła? Zadziwia mnie jak teraz bezkolizyjnie radzicie sobie z życiem. Bez paniki! Bez krzyków. Bez złości! Kulturalnie. Dlaczego nie zorganizujecie się w dwójki, trójki, czwórki , nie powyciągacie szaf i piwnic granatów i nie powybijacie tych gnid, które was ruchają telewizyjnych przód i w tył z telewizyjnych ekranów?
Chuj z twoimi łzami pindo-dziennikarko! Co? Że to by było przestępstwo? Do czego ja was namawiam. Wzniecanie powstania? Rewolucja? Burzenie ładu publicznego? A to niech was ogłupiają i ruchają jak barany dalej!
Mówię, co myślę. To jest wolny, demokratyczny kraj nie sprzedaję swojej recepty. Nie jestem wzorem do naśladowania. Spudłowałam. Ale mogę was wysłuchać. Kiedy po raz ostatni ktoś was w ogóle słuchał?
Przyglądacie się swoim dzieciom, kiedy do nich mówicie? Kiedy ja mówię coś do mojej Aki, ona na mnie nie patrzy, a kciukiem stuka w komórkę i wysyła esemesy” - Mów, mów…ja cię słucham!”. Więc mówię. Nie chcę żeby pomyślała, że wiem, że mnie nie słucha. Nie chcę żeby jej było przykro. Zachowuje się tak jak ktoś, kogo Aki kocha. Ale ona ma mnie gdzieś. Ma swoje życie, o którym nic nie wiem. Bo nigdy nie słucham, co ona do mnie mówi. A mówi. Lubi ze mną rozmawiać. Mówić do mnie. Ale nie lubi, kiedy jej odpowiadam. Bo ja nie odpowiadam. Ja mówię. Każda z nas jest z innej bajki. Każda gada swoje.
Ja najbardziej lubię ciszę.
Miki lubi muzykę. Nie Kiki – mąż, Miki- kochanek. I się na niej zna.
Ja nie umiem nawet włączyć kompaktu. Ani video. Ani telegazety. Ani komputera, ani wysłać maila. Nic. A mamy wszystko. Komputer, laptopa, wszystko mamy. Wszystko kradzione. Komórka też. Ja nie mam komórki. I nigdy nie będę mieć. Dźwięki dla mnie to koszmar.
Mieszkałyśmy suterynie. To wam mówiłam. Ludzie zawsze coś rzucali pod okno. Tak jakby to nie było okno do naszej kuchni tylko do piwnicy, w której są szczury i drewno na opał. Ale nie to było najgorsze. Faceci wiecznie pluli pod to okno, a raczej charchali, a moja stara wiecznie szorowała gorącą wodą i szorowała szczotką to, co ci faceci tam zostawiali. Pamiętam ten dźwięk, charachania….ohyda….ale gdybyście mnie spytali jaki jest najohydniejszy dźwięk, to odpowiedziałabym że syrena alarmowa. Słyszeliśmy je w czasie wojny. To było straszne. Raz ta syrena zawyła, kiedy siedziałam na grzejniku i coś czytałam a Aki była w szkole, Kiki gdzieś w mieście. Świadomość, że spadną teraz bomby, a Aki i ja, wszyscy zginiemy z daleka od siebie, była straszna. Płakałam. Nie cierpię dźwięków. Boję się ich. Telewizor też oglądam bez dźwięku.

W podstawówce w czwartej dostałam pałę z dyrygowania. Tłumaczyłam matce, jaki to koszmar dyrygować, i jaka okropna jest muzyka, ale ona nie słuchała tylko powtarzała: - „Ty nie jesteś normalna. Ty naprawdę nie jesteś normalna”. I wtedy sobie przysięgłam, że zawsze będę słuchać moich dzieci. I będę starała się je zrozumieć. Że będzie mnie interesować to, co mówią do mnie mojej dzieci. Że nie będę tyko patrzyła. Że moje dzieci i ja będziemy w tej samej bajce. No i widzicie! Co to znaczy przysięgać samej sobie? Ile jest warta własna przysięga. Nic. Nie słucham Aki. I nigdy jej nie słuchałam. Najmilsze dni z Aki to, kiedy leży chora w łóżku z gorączka i oglądamy razem telewizję. Bez słowa.
O matko, jak ja bym chciała żyć w innym życiu! Nic nie wiedzieć. Bez całej tej jatki dookoła, bez kredytów, bez chodzenia do biura, w którym wszystkie kobiety szydełkowały i robiły na drutach, prócz mnie.
To okropne uczucie. Jesteś osaczona. Kiedy ktoś obok ciebie w ciągu pięciu minut może wydziergać pająka, jakiego ty nie zrobisz, nawet gdybyś miała trzy życia. To mnie dobijało. Moja koleżanka Koka w osiem godzin, jeśli nie szła na drugie śniadanie, robiła biały szal moherowy. Arcydzieło. W Jadroplovie pracowało wiele kobiet. Było tam pełno myszy. W tym starym budynku. Wtedy Żivko, tak, nazywał się Żivko, jak mój ….tatuś, Żivko, nasz sekretarz samorządu pracowniczego….Widzicie teraz dopiero uświadomiłam sobie, że może to był Serb. A może nie? Zresztą nieważne. Żivko wysmarował klejem papierowe tacki, położył na nich kawałki sera i słoniny, no i myszy wpadały w pułapkę. Od ich pisków aż ciarki chodziły po plecach. Raz złapały się trzy małe myszki, i wtedy stara mysz albo samiec polecieli im na ratunek, a potem na pomoc tej starej myszy przygnała jeszcze jedna. Złapała się cała rodzina. O matko jak one się darły te myszy!
….Myśmy tam mieli i lekarza, i dentystę i bufetową. I tanią kawę. Ta bufetowa też weszła jednego dnia na zaplecze i zobaczyła na tacy trzy małe, przyklejone myszki. I dwie większe przyklejone myszy. Rodziców. Okej. Nie musicie mi wierzyć. Nie będę przysięgać ze mówię prawdę i tylko prawdę. Nie trzymam Pisma Świętego na nocnym stoliku, więc nie mam, na czym położyć ręki. To prawda! Ona, tym myszom obcięła nogi” żeby się nie męczyły” „ Żeby mogły pójść gdzie chcą”. Ona je wyzwoliła. Co wam to przypomina? Nic? Naprawdę nic?! To jesteście …..

Męczyło nie że nie umiem robić na drutach. Że nic mi nie wychodzi. Tania potrafiła w ciągu pięciu godzin roboty wydziergać trzy pary kapci na szydełku. Wtedy zatrudnia się u nas Goca. Dziś ją też czasem widuję na ulicy. Dostała wymówienie. Wzięła mnie wtedy pod swoje skrzydła. I z wielką miłością i cierpliwością, anielską cierpliwością udowadniała, że kiedy człowiek chce, to wszystko jest możliwe. No i ja, na jedną Wielkanoc własnoręcznie, własnymi palcami, z jaskrawożółtej wełny moherowej zrobiłam na szydełku sześć kapturków na jajka. W kształcie kurczaczków, a na dodatek każdemu kurczaczkowi zrobiłam jedno czarne oko ze zwykłej wełny, i czerwony dziób. Z moheru. A potem małe kurczaczki włożyłam na sześć wielkich jajek. I poczułam się dobrze. Bardzo dobrze. Jak po orgazmie.

No dobra, te kurczaczki tak mnie rozczuliły, że już nie jestem zła. I nie chcę wam więcej mówić, jakim gównem jest wasze życie. Macie rację. A kim ja jestem, żeby pluć na wasze życie?! A może wam jest dobrze. Może macie w dupie szczegóły. Nie wszyscy ludzie są tacy sami. I nie musicie patrzeć na świat moimi oczami. Okej. Jestem agresywna. Macie rację. Ale widzicie, jaka jestem dobra? Zawsze dobrze się czuję, kiedy przyznam komuś rację. Uznam swój błąd. Męczy mnie walka. Wkurza mnie.

Mamy przyjaciół. ….Tak, mamy przyjaciół. Oni sądzą, że ludzie są z gruntu dobrzy. Że całe to zabijanie, ta rzeź wokół nas, ta wojna na Bałkanach albo u Talibów, albo na jakimś innym zadupiu, w Afryce, Czeczenii, to zadymy, którym się da się zaradzić. Że wojna wybucha, kiedy należy rozwiązać jakiś problem. Że wojna jest czymś przejściowym dopóki sprawy się nie załatwi, na przykład, kiedy napadają nas Serbowie i chcą nas wyciąć w pień to my musimy się bronić i tyle. I to normalne. Że kiedy my wybijamy Serbów w chorwackich miastach, kiedy ich wywlekamy z mieszkań do piwnicy albo a łąkę i pakujemy im kulki w tył głowy, to jest wojna obronna. I to też jest normalne. No, bo trzeba zaradzić. I kiedy drutem krępujemy im ręce na plecach i wrzucamy ich do rzeki, to również jest obrona własna. A kiedy grabimy ich majątek i palimy im domy to to tylko są następstwa.
Każdy ma prawo do własnej opinii, ale ja myślę, że wszyscy jesteśmy Żivkiem i bufetową. Wojna, przemoc, rzezie, gwałty, podrzynanie gardeł, wyłupywanie oczu i jebanie cudzej matki albo córki od tyłu, to jest prawdziwa ludzka natura. A wycieranie nosa w papierową chusteczkę, niepalenie w autobusie, nieplucie na podłogę, niewbijanie sąsiadowi noża w plecy- to jest przymus.
Podejrzewam, że i Aki i Kiki, i Miki i moja stara, i ja jesteśmy mordercami. Tylko dajcie nam ku temu sposobność. A poza tym możesz wrzeszczeć, śpiewać patriotyczne pieśni, machać pięknym sztandarem, zatknąć go na dachu, niech sobie powiewa, i możesz zarzynać, kraść, wyciąć w pień pół miasta w imię tego sztandaru, tej prawdy i sprawiedliwości.

No nic, zdecydowali na razie, że wojna się skończyła, że time out, i teraz nas opierdalają. Nazywają nas dzikusami. Mówią, że nienoramlana była aż taka rzeź. A jaka jest normalna? Sranie w banie. Żadna!

Na pocieszenie opowiem wam jak to był o pierwszy raz z Mikim. Okej?
Kobiety przeważnie za pierwszym razem z kimś nowym nie mają orgazmu, bo to nie takie łatwe z nieznajomym, a mężczyźni przeważnie tak, ale dręczy ich pytanie, czy byli dobrzy, bo myślą, że ona była w siódmym niebie, skoro darła się w niebogłosy, choć przeczuwają, że jednak było inaczej. Jednym słowem dobija ich niepewność. Dlatego każda zaklina się, że było super.
No, więc tak. Rozpięłam sukienkę, pokazałam czarny stanik, jedwabne body i rajstopy. Ma filmie Miki oszalały z namiętności skoczyłby na mnie, zerwał ubranie, rzucił na fotel i mi wsadził. On by jęczał, ja bym jęczała, a potem razem – no bo co to za orgazm jeśli nie jest wspólny, nie? - Razem, krzycząc osiągnęlibyśmy szczyty rozkoszy. W filmie. Ale my nie byliśmy w filmie, a Miki nie jest szalonym Clintem Eastwoodem, który bzyka muchy w locie. Miki to adwokat, który – wtedy tego nie wiedziałam- nie ma kasy nawet na zapłacenie składki w izbie adwokackiej. Jest dobrze ubraną myszą kościelną. Filmy potrafią namieszać człowiekowi w głowie.
Miki się tylko we mnie wpatrywał.
- Nie rozumiem – rzekł, a ja wtedy mu powiedziałam „ Zerżnij mnie sukinsynu, zerżnij”.
- Zerżnij mnie- powtórzyłam.
Wpatrywał się we mnie. Nie, że bez zainteresowania, to nie, tylko tak jakoś z zakłopotaniem. I jeszcze zerkał w stronę okna. Nie czułam się głupio. Już wam mówiłam. Było mi wszystko jedno. Jeżeli tak, to dobrze. Jeżeli mnie odtrąci, też dobrze. Miki mnie nie odtrącił. Tylko powiedział „ Nie rozumiem”. Odbił piłeczkę. No i musiałam wyjaśnić, co autor miał na myśli. To dla mnie było najtrudniejsze. Pisarz przeważnie nie ma nic na myśli. Pisarz pisze, wyjaśnia ktoś inny. Jego zamysł. Nić przewodnią. Ja byłam w tej historii pisarzem. Chwilę na niego popatrzyłam, w rozpiętej sukni, w staniku, body i rajstopach. Czułam się jak zboczeniec w parku, kiedy rozchyla poły płaszcza i pokazuje zakonnicy. Podłe uczucie. Usiadłam na krześle dla interesantów. Miki siedział w fotelu, który nie jest skórzany, on tego wtedy nie wiedział. Nie zwaliłam się na krzesło. Nie zatkało mnie. Usiadłam. I nie zapięłam się. Powiedziałam:
- Nie ma ochoty na sex, ale podoba mi się twoja potylica i grube usta.
Totalnie głupia gadka. Prawdziwe sranie w banię.
- Rozluźnij się – powiedział Miki. – Uspokój. Wydaje mi się, że nie jesteś całkiem zdrowa. Co ci się stało?
- Nic – odparłam -, dlaczego coś miałoby mi się stać? Nigdy ci żadna nie powiedziała: „Zerżnij mnie”?
- Nie- odparł Miki.- Ty jesteś pierwsza, więc nie wiem, jak się zachować. Co mam zrobić? Rzucić się na ciebie?
- Tak- powiedziałam, ale jakoś niepewnie.
Bo kancelarię ma małą i jakby skoczył na mnie, to kto wie, na co by się tak naprawdę nadział. A zresztą miedzy nami stało biurko. Nie mógł skoczyć. Musiał wstać, obejść biurko, podejść do mnie, podnieść mnie z krzesła i zaprowadzić gdzieś, gdzie jest więcej miejsca. Kumacie? To nie było miejsce na dziką namiętność.
Okej- powiedział Miki- chodźmy do poczekalni.
I teraz wyobraźcie sobie taką kretyńską sytuację. Myślicie, że mnie już znacie, a jednak nigdy byście nie odgadli, co mu powiedziałam. Ja zresztą też nigdy bym nie odgadła, co mu powiem. A powiedziałam z głupia frant: „ Podobam ci się choć trochę?” Co za krowa! Co z idiotka! Rozpinam sukienkę, mówię „zerżnij mnie” a potem sonduję i dopraszam się wyznań miłosnych? Jakby to nie mogło być zwykłe bzykanie, bez uczuć, tylko zaraz prawdziwa miłość. Przy czym, gdzieś miałam miłość, zwisał mi ten numerek, zwisało mi wszystko, a jednak za wszelka cenę chciałam żeby to było czymś, czym nie jest. Rzygać się chce. Tak jakby ktoś mnie obserwował, komu muszę się tłumaczyć: - Wiesz robię to, ale nie jestem dziwką. Tak jakby to było istotne czy jestem dziwką czy nie.
A teraz uważajcie. Jest taki przesąd – albo mnie się wydawało, że jest- według którego intelektualiści, ci kolesie z dyplomami, prawnicy, lekarze, profesorowie, adwokaci mają małe fiuty. A robotnicy portowi i Serbowie wielkie. Że wielkość fiuta jest odwrotnie proporcjonalna do wielkości mózgu.
Zawsze uważałam że Miki jest mądrym facetem, może to mnie najbardziej w nim pociąga. Lubię mądrych mężczyzn. I mądre kobiety. Może, dlatego że sama jestem głupia. Można by wprawdzie zapytać o moje kryteria. Okej. Będę precyzyjna. Żebyście się nie wkurzyli. Uważam, że Miki jest mądry, bo skończył studia i mnie się wydaje mądry. Choć znam wielu, co skończyli studia i są tak głupi i tępi jak kuchenny nóż. Pomińmy to. Nieważne.
Spodziewałam się, że Miki ma małego, bo ma dyplom. I ze będę miała z tym problem. Trzeba będzie go pocieszać. Przekonywać, że wielkość nie ma znaczenia, dopóki Miki nie nabierze wiary w siebie. I pewności.
My kobiety, na to mogę wam przysiąc, jesteśmy kosmicznymi kretynkami. Przemądrzałymi idiotkami, które myślą, że wszystko wiedzą o mężczyznach. A my wiemy o nich tyle ile oni nas. Czyli nic. Więc kiedy zobaczyłam to, co wychyliło się z bokserek Mikiego, oniemiałam. Oniemiałam. Pojawiła mi się nad głową chmura ze stu pięćdziesięcioma znakami zapytania i bardzo wieloma wykrzyknikami. On miał to godne pornosów, a nie do siedzenia na niewygodnym krześle w ciasnej sali sądowej, w której nerwowa sędzina, stenotypistka, przyszły były mąż i przyszła była żona, wypruwają sobie flaki dla stu chorwackich kun na alimenty.
Wybałuszyłam oczy. Miki mnie rozebrał, choć planowałam, ze to ja go rozbiorę, bo wedle metryki mogłabym być jego sporo starsza siostrą. Oparł mnie o stół w poczekalni i zaczął….a ja przez pół zamknięte żaluzje obserwowałam, co się dzieje w butiku, w kamienicy naprzeciwko. Na trzecim piętrze. Patrzyłam jak kobiety przymierzają płaszcze. Długie, krótkie. Bóg jedne wie. Nie widzę dobrze bez okularów. Spodobał mi się ciemnoczerwony płaszcz, chyba długi, bogato zdobiony ciemnoczerwonym chyba sztucznym futrem. Wpadło i do głowy, że mogłabym go kupić, kiedy Miki już skończy. Wtedy kupię sobie ten płaszcz. A mówiłam wam. Kiki ma stertę dobrych markowych płaszczy, a ja i tak nie wychodzę z czarnych anonimowych ciuchów z przeceny. Ale tak sobei pomyślałam.
Miki skończył, kiedy wysoka brunetka płaciła za zielony płaszcz. Chyba krótki. Bez futra.

Nie powiedziałam wam o szczegółach. I nie powiem.
Zresztą ludzie maja dosyć gadania o seksie i wojennych opowieści. Spójrzcie tylko na telewizor. Albo się pieprzą, albo jakaś bomba atomowa majaczy w tle, albo jakaś inna bomba oświetla skok do jakiegoś rowu.
Lubię dokumenty o wojnie. Te z życia, ale na coś takiego rzadko, bardzo rzadko można trafić.
A raz się naprawdę wkurzyłam.
Pokazywali pogrzeb tego niemowlaka. Pamiętacie przecież…na pewno pamiętacie. Tego niemowlaka zabili albo zadźgali, albo wrzucili do zimnej wody. Czetnicy. Najbliżsi sąsiedzi. Trzydzieści lat wspólnego picia kawy, odprowadzania dzieci do szkoły na rozpoczęcie roku szkolnego, oglądania meczów w telewizji, a potem wybucha wojna i sąsiad zabija ci matkę. Albo wrzuca niemowlę do studni.
Aki i ja oglądałyśmy tę bezpośrednią transmisję z pogrzebu tego dzidziusia. Płakałyśmy. Nie macie pojęcia jak rozpaczałam. Zanosiłyśmy się od płaczu. Trumna była biała, mała i taka śliczna. Niosła ją czwórka gwardzistów w mundurach moro. Bardzo uroczyście. Z trudem powstrzymywali łzy. Płakaliby gdyby nie byli bohaterami i gwardzistami, gdyby byli zwykłymi ludźmi, wtedy mogliby płakać, szlochać i zalewać się łzami do woli. Ale jako gwardziści nie mogli. To jasne. Podtrzymywali młoda matkę niemowlęcia. Słaniała się za trumną. Obie z Aki umierałyśmy z żalu. Młodego tatę, też podtrzymywali. Był w moro. Prosto z frontu przyjechał na pogrzeb, dopiero, co narodzonego dziecka. Ksiądz szedł sam, bez pomocy, ale wyraźnie wstrząśnięty. Mimo że księża znoszą pogrzeby ze spokojem, bo wiedzą, że nieboszczycy idą do nieba, a nie obracają się w proch. A jednak ksiądz zbył smutny. Człowiek zawsze może pójść do nieba, ale ma na to czas, nie musi jako niemowlę. Wszyscy. Wszyscy w kondukcie mili łzy w oczach. Kobiety płakały, mężowie podtrzymywali. Niektórzy ukradkiem patrzyli w kamerę, ale operator szybko z nich przeskakiwał. Dziennikarka na żywo komentowała pogrzeb. Na ile jej pozwalały oczy pełne łez i różowe wyszminkowane usta wygięte w podkówkę. Kontur ust był ciemniejszy. Na ekranie pokazali jak dzieciak został zarżnięty czy wrzucony do studni. Pokazywali zdjęcia z chrztu, to polewanie główki, dzidziuś w białej sukience, wszyscy dookoła uśmiechnięci. Bobas na urodzinach brata. Trzecich. Brata Czetnicy też zarznęli, tyle, że sześć miesięcy wcześniej. Aki i ja nie mogłyśmy oderwać wzroku. Szlochałyśmy, łkałyśmy, wycierałyśmy nos, i znów płakałyśmy i szlochałyśmy….
Dosyć tego! Ludzie sa bezdusznymi świniami!
Płakałyśmy z Aki i nie wiedziałyśmy że cały pogrzeb w bieli to oszustwo! Zwykła lipa. Ostatnio zgłosiła się jakaś baba z telewizji i ujawniła prawdę. Telewizja kupiła i mała trumnę, i kwiaty i wieńce z białymi szarfami, opłaciła i mamę i tatę i babcię i smutnych ludzi i czterech gwardzistów. I tego księdza. Pani z telewizji żaliła się, że najbardziej przeszkadzał jej sposób, w jaki czterech nabitych rumianych osiłków niosło małą trumnę. „ Tak jakby była pusta”. To wydało się tej pani nieprzekonujące. Bo niby ci, co nieśli trumnę, musieli uginać się pod jej ciężarem. Durna baba! Jakby czterech chorwackich zuchów nie mogło udźwignąć siedmiu kilogramów martwej wagi.

Kurwa jego mać!!!!
Całe szczęście, że ci, co polegli nigdy nie dowiedzą się, po co.
Pamiętacie gazety z czasów wojny?
Parszywe gadziny! Nigdy nie publikowali nekrologów, dopóki trwały walki. Zawsze dopiero po. Ale nigdy pięćdziesiąt fotografii poległych dzieciaków w jednym numerze. Tylko po dwa na stronie albo dziesięć na dziesięciu stronach. Po dziesięć na, dziesięciu jeśli akurat był sterta trupów. Żeby przyszli bohaterowie się nie spietrali ….Zdjęci zabitych po ustaniu walk, żeby żywym nie odjebało. ….
Coś wam powiem, nie wiem ile Kiki by zapłacił żeby nie oglądać na własne oczy Liki albo jakiegoś innego zakątka ukochanej Ojczyzny. Żeby nie być bohaterem w trumnie. Nie wiem. Ale jestem pewna ze dużo. … A ja teraz od niego odejdę. A wiecie, dlaczego? Bo wszystko jest bez sensu.
I wiecie, co myślę? Nie jestem do końca pewna czy wojna się skończyła.






















Akt II

Borys mąż Eli, już wam mówiłam, i nasz przyjaciel, był zawsze niezdarną ofermą. Dostał wezwanie. Sąsiad zadzwonił do jego drzwi. Borys zobaczył go przez wizjer. Otworzył. Stary śmierdziel wepchnął mu do ręki wezwanie i powiedział: „Dobranoc”. Kiki i ja dowiedzieliśmy się o tym jednej z tych wojennych wigilii. No i co…niby to oni rozpaczają, a nie wy, co prawda wasi przyjaciele, ale nie wy. Bo to nie ty dostałeś wezwanie. Ale jednak, twój przyjaciel dostał wezwanie a tu nie możesz pomóc….
Borys wbił sobie do głowy, że to szef Departamentu Obrony specjalnie go wystawił. Jakiś Wiktor. Jego żona a na imię Myrjana. Niezła szprycha. Na głowie setka odcieni koloru blond. Co najmniej za dwieście marek. Borys spotkał ją jednego wieczoru, kiedy przez deptak sunął korowód przebierańców i ją przeleciał w swoim samochodzie.
Skąd wiem? Od Eli, jego żony. Skąd ona to wie? Oj, ludzie, ludzie! Nie żal wam człowieka, który dostał wezwanie? A jego żona trzęsie się ze strachu. Chcecie pikantnych szczegółów?
Ela wbiła sobie do głowy, że Borys jak pójdzie to wróci w czarnym worku. Rozpaczała. Kiedy mi Ela o tym wszystkim opowiadała, powiedziała mi to, że powinnam o czymś wiedzieć…. że ta informacja mi pomoże zrozumieć…. że łatwej mi będzie pojąć…. Borys i Myrjana chodzili razem do szkoły średniej. Ona podobała się Borysowi, nie zdążyli się bzyknąć, bo szkoła średnia trwa krótko. Pod warunkiem że nie powtarzasz klasy. Ani się obejrzysz a tu matura i trzeba się przygotowywać do wstępnych. Wszyscy się rozchodzą. Przepadło. Ale tęsknota żeby przelecieć kogoś, kogo w liceum albo jakiejś innej szkole średniej nie przeleciałeś, tęsknota zostaje. Jak mówiła Ela „ pókiś żyw”. Mówiła że Borys jej powiedział że to się nazywa „ niespełniony sen”. Wszyscy przez to przeszliśmy. Napisano o tym wiele książek, rozpraw, pieśni, nakręcono wiele filmów dokumentalnych, szaleję za nimi, i filmów opartych na historiach z życia wziętych.
Widzieliście ten film? Leciał w telewizji. Nakręcony na podstawie prawdziwej historii. Wielka świetlica w domu starców. W kącie świetlicy staruszek na wózku inwalidzkim. W drugim kącie staruszka na wózku inwalidzkim. Przychodzi pielęgniarka. Wiezie starą na obiad. Przychodzi druga pilegniarka. Wiezie staruszka na obiad. Wózki się zderzają. Staruszka ledwo widzi, ale ma wyczulony węch. To się nazywa kompensacja. Wącha, Wącha. Tak pachnął John w liceum w trzydziestym piątym.
- Czy to ty Johnie?- pyta drżącym głosem.
Trochę skrócę, bo starzec był głuchy jak pień, wieć staruszka musiała krzykiem , powtarzać pytanie: - Czy to ty Johnie?!
- To ty Dorothee?! Wrzasnął starzec po pół godzinie. Tyle czasu potrzebowały siostry, by starcowi, również krzycząc, wyjaśniły, o co go pyta staruszka z sąsiedniego wózka. Starcy nikogo nie interesują, wiec skrócę opowieść jeszcze bardziej. Wielki ślub. Ci dwoje, którzy w ogólniaku nie zdążyli się bzyknąć , spotkali się latach. Na ślubie są wszyscy. Umowy o darowiznach zostały podpisane, więc dzieci i personel mogą się cieszyć ze szczęścia Johna i Dorothee….I teraz zapytam; Czy skumaliście przesłanie tego filmu? Akcent jest postawiony na historii o niespełnionym śnie, niespełnionym pragnieniu. I to jest podobno powszechne zjawisko.

Kiedy Borys spotkał swoja koleżankę z liceum Myrjam, żonę jak się potem okazało szefa Departamentu Obrony, na deptaku , podczas parady, Ela była akurat u chorej matki. Odwiedziny u chorego mogą trwać godzinami. Musicie zaparzyć herbatę, przeczytać, co drobnym drukiem jest napisane na ulotce. Czy rzeczywiście antybiotyki należy brać co dwie godziny, po dwie tabletki, jak sadzi chora mama, czy jakoś inaczej. I od mamy usłyszycie jak partyzanci zabijali z kradzież czereśni….Mamę uwierają zęby i dolne i górna, protezy nie są takie jak kiedyś, zmarła ciotka Slavka. Jaka ciotka Slavka, ta, która cię niańczyła, zmarła tez Maca, jaka Maca, ta ze sklepu….Trzeba obejrzeć dziennik telewizyjny, zdjęcia z czasów młodości mamy, z własnego dzieciństwa. Z psem, z kotem, z nieboszczykiem ojcem nieboszczyka ojca. Ustawić antenę satelitarną, obejrzeć spuchnięte pace u stóp, znaleźć tabletki voltrenu na noc…Myrjana i Borys mieli dużo czasu. Borys zaprowadził Myrjan do swojej stojedynki. Była zaparkowana przy klasztornym murze. Nie muszę wam opowiadać, do czego w tym samochodzie doszło. Myrjam miała orgazm i podobno szepnęła:
- Marzyłam o tym od lat.
Widzicie. O tym wam właśnie mówiłam. Człowieka dręczą niespełnione sny. Potem Borys ruszył do domu i czekał na Elę. Czekał, czekał i czekał. Ale z chorymi mamami nigdy nie wiadomo. Ela została na noc u mamy.

Dlaczego Myrjam po trzech tygodniach albo miesiącu zadzwoniła do Eli? Dlaczego wszystko wyznała mężowi? Dlaczego zadzwoniła do Borysa i powiedziała mu, że dzwoniła do Eli i wszystko wyznała mężowi - Wiktorowi? Dlaczego? Na te pytani nigdy nie otrzymamy odpowiedzi. Eli odbiło. Ból i łzy. Kiedy mi to opowiadała w kawiarni, też płakała. Wszyscy się na nas gapili. Mówiłam? Siedziałyśmy w kawiarence na Starym Miasto, obok kościołka.. Wielki pies, ogromny dog, wylizywał cukiernice. Łaził od stołu do stołu i wylizywał wszystkie cukiernice.
- Patrz - szturchnęłam Elę i obie ryknęłyśmy śmiechem.

O teraz pokazują siwego gościa. To jakiś wielki pisarz. Pokazują jak umierał i opowiadają o jego życiu. Mogę wam opowiedzieć jak umierała moja babcia. A zresztą. Po co wam to…..Wkurzają mnie poza tym wszyscy świadkowie „ostatnich chwil życia” i to jak o tym opowiadają.

Wiecie, co? Moje nerwy sa ….Cienkie, cieniutkie jak włos. Chuj. Wszyscy wreszcie umrzemy.

Siedziałyśmy z Elą w kawiarni a ona płakała…
Byliście kiedyś w tych „Dwóch Kasztanach? Dwa Kasztany, w centrum starego miasta, na parterze. Dwa Kasztany w czasie wojny by