SEN

9 kwietnia 2005

 

 

Krystyna Janda

„SEN”


„Tatarskie ziele ma dwa zapachy. Jeżeli się potrze w palcach zieloną jego wstążkę, miejscami przymarszczoną , poczuje się zapach, łagodną woń „ wierzbami ocienionej wody” , jak mówi Słowacki, trochę tylko zatrącającą wschodnim nardem. Ale kiedy się takie pasmo tataraku rozetrze, kiedy się włoży nos w bruzdę, wyłożoną jak gdyby wata, czuje się obok kadzidlanej woni zapach błotnistego iłu, gnijących rybich łusek, po prostu błota.” Jarosław Iwaszkiewicz.

 

 

 

 

 

Krystyna Janda 0.601 213 2020 stycznia 2002 rok Val Senales

 

 

SCENA 1. Współczesność. Plener. Słoneczne popołudnie.

 

Lato. Spokojna okolica. Nieprawdopodobnie piękny, porażający urodą krajobraz. Widok rzeki zbyt potężny i jakby nieludzki. Ryk rzeki jest jakby zbyt głośny, słońce zbyt jasne a drzewa szumią nadmiernie intensywnie. Cienie są prawie czarne. Z daleka wzbudzając tumany kurzu na polnej drodze pojawia się samochód. Zbliża się z daleka. Za kierownicą kobieta około 40 lat. Elegancka, zadbana. Słucha muzyki. Denerwuje się drogą i ciężką po niej jazdą. Klnie pod nosem, podskakując na wybojach, ginąc raz po raz w tumanie kurzu. Wjeżdża na drewniany most. Zatrzymuje samochód. Nie ma odwagi jechać dalej. Na moście grupa mężczyzn. Zarośniętych, na w pół pijanych, na w pół trzeźwych, z butelkami niedopitego piwa w dłoniach. Stoją, siedzą na barierce mostu, kilku kucnęło. Dwóch łowi ryby. Wyraźnie się nudzą. Zobaczyli samochód. Ucieszyli się z lęku kierowcy. Wybuchnęli śmiechem, kiedy spostrzegli wysiadającą zeń kobietę- kierowcę. Ta oglądając most i drogę, jaką samochód musiałby pokonać jednocześnie patrzyła bezradnie i pytająco na grupę mężczyzn. Zaczyna się swoisty dialog- pojedynek. Oni machają rękoma, kpią, namawiają do odwagi, zachęcają kobietę do próby przejazdu. Ta niepewnie patrzy i rozważa konsekwencje. Wreszcie samochód przy wyciu i śmiechach mężczyzn rusza. Jedzie cztery, pięć metrów i jedno z kół wpada w dziurawą, wyłamaną deskę. Mężczyźni nie posiadają się z radości. Śmiechom nie ma końca. Niewątpliwie jest to największa atrakcja w tej okolicy od dobrych kilku miesięcy. Wreszcie rzucają wszystko i ruszają na pomoc. Powoli pokrzykując, śmiejąc się wypychają samochód i unosząc go właściwie w powietrzu przenoszą na drugi brzeg rzeki. Kobieta, nie wysiadając, nie dziękując, wściekła, ostro rusza obsypując ich wszystkich tumanem kurzu. Odjeżdża w akompaniamencie wulgarnych okrzyków i gwizdów. Mały chłopiec rzuca za samochodem, ze złości, kamieniem. Przechodząca dziewczyna z bańką na mleko, przystaje przy drodze i przypatruje się całemu zajściu i odchodzi dźwigając za ciężką dla niej bańkę..

SCENA 2. Plener. Współczesność.

 

Samochód jedzie przez zarośnięty zdziczały stary park, podjeżdża pod rozwalający się dwór. Podrywając do lotu i skargi na zakłócenie spokoju kilka ptaków. Parkuje. Dostrzega coś. Gwałtownie wybiega z samochodu. Krzyczy:

- Ej! Wy tam! Wynoście się! Koniec tego dobrego. Jestem właścicielką. Rzućcie te cegły i wynoście się stąd!

- Przepraszamy. Jestem sołtysem to ze mną jest pani umówiona. Oglądałem tylko. Straszny to będzie remont. Nie zazdroszczę.

Drugi mężczyzna w tym czasie podszedł do samochodu, ogląda go.

- Ostrowski przywitaj się z panią dziedziczka! On tu ze mną za robotą przyszedł. Rąk do roboty będzie miała pani u nas pełno. Tylko trzeba im mówić, co robić i tyle bo fachowców nie ma, wszystko były pegeer. Ale z nieba nam pani z tym wszystkim spadła. Ludzie zarobią. Tu wszyscy prawie na bezrobociu. Ludzie mówią ze pani u nas jakąś produkcję zacznie. Chlebem i solą panią u siebie w urzędzie przywitam...Tu jeszcze ludzie do dziś o rodzinie pani opowiadają, wspominają. Sentyment nie zagasł.....jak przyjedzie pani z mężem o wszystkim porozmawiamy......

- Ja nie mam męża.

Kobieta w tym czasie przywitała się z Ostrowskim z sołtysem, ale nie kwapi się z dalszą „ rozmową”. Z daleka nadchodzą, zaczynają się zbierać ludzie ze wsi. Stoją grupkami, patrzą. Kobiety z małymi dziećmi na ręku, chłopcy, dziewczynki, psy. Ktoś podjechał na rowerze, rzucił rower w trawę. Pali papierosa.

Z parku w tym czasie wynurzył się nowy samochód. Wysiadła z niego inna kobieta, adwokat naszej bohaterki, jak się okazuje. Przywitała się. Zaczęła robić zdjęcia. Coś pisać. Rozmawiać z kobietą, na boku. Wreszcie odwróciła się i zaczęła mówić do ludzi głośno.

 

- Moi Państwo. Pani Lisowska odzyskała majątek na drodze prawnej. Jest na nowo właścicielką i pałacu i parku. Od dziś każda wyniesiona stad cegła, każde złamane drzewo, będzie kradzieżą. Przestępstwem. Obiekt dostanie wkrótce nadzorcę, zostanie rozebrany, każda cegła policzona i sprzedana tak jak i park. Co będzie tu na tym miejscu , co zamierza z tym zrobić nabywca, pani Lisowska nie wie. Od tego momentu prosi o nie zbliżanie się do jej terenów. Dziękujemy Państwu.

 

Komentując to ludzie powoli zaczynają się rozchodzić. Sołtys splunął na ziemię i bez słowa odjechał na swoim rowerze. Ostrowski został, jakby czekał na coś, potem podszedł i pytał o coś po cichu panią adwokat. Ta głośno odpowiedziała:

- Nie pani Lisowska nie ma do was zaufania. Dziękuje. Przyjedzie ktoś z zewnątrz.

 

Wreszcie obie kobiety zostały same. Pani adwokat cos jeszcze zapisała. Lisowska coś podpisała i obie odeszły do swoich samochodów. Pani adwokat odjechała a pani Lisowska nie może zapalić samochodu. Wreszcie wysiada, zagląda, ogląda. Rozgląda się dookoła. Stoi tylko Ostrowski.

-

- Pomoże mi pan? Zapłacę.

- Sama se kurwo pomóż. Suko jedna. Goń się sama! Ty zdziro! Twoja babka była taka sama wściekła pizda jak ty. Pierdol się sama.

 

Powiedział to wszystko spokojnie bez emocji, rzucił w jej kierunku pustą butelką po piwie i odszedł. Lisowska usiadła na rozwalających się schodach, z uśmiechem zrozumienia. Popatrzyła w niebo. Dookoła. Zamyśliła się wciąż się uśmiechając. Zaczęła szukać telefonu komórkowego. Wykręciła jakiś numer, chodząc po chaszczach rozmawia. Słyszymy tylko koniec rozmowy:

- Tak, czekam. Spokojnie. Nie, nie odjadę stad. Nocuję w samochodzie przy dworze. Tak. Nie. Gazowy. Czekam.

 

W miedzy czasie zaczęło zmierzchać. Kobieta położyła przednie siedzenie, wyjęła pistolet gazowy ze schowka, położyła pod głowę. Z bagażnika wyjęła koc. Nastawiła budzik w telefonie na szóstą. I spokojnie poszła spać. Zasypiając patrzyła na ciemniejące groźnie szumiące korony starych drzew zamykające się nad nią i nad samochodem.

SCENA 3. SEN.

WSZYSTKO, CO OD TEJ CHWILI SIĘ ZDARZY JEST SNEM. TRZY ROLE W TYM ŚNIE: PANIĄ EWELINĘ – HRABINĘ, STANISŁAWĘ CHWALI BÓG ORAZ RÓŻĘ- SŁUŻĄCĄ, GRA TA SAMA AKTORKA. TA KTÓRĄ POZNALIŚMY JUŻ JAKO PANIĄ LISOWSKA DZIEDZICZKĘ MAJĄTKU.

SCENA 3 więc. Plener. Wieczór. Ten sam dwór- pałac w momencie świetności, 140 lat wcześniej. Przed gankiem pałacu stoi otwierana landra z rozunietą budą nie zaprzęgnięta. Za nią olbrzymi wasąg na kosze i kufry, także jeszcze bez koni. W pałacu zapalone światła, krzątanina. Trwają przygotowania do wyjazdu. Na ganek wychodzi CHWALIBÓG, zarządca. Mężczyzna około 50. Ogląda pojazdy. We dzrzwich pałacu pojawia się RÓŻA dźwiga z trudem, a właściwie ciągnie po ziemi wypakowany czymś kosz pełnym. Nie może się przecisnąć przez drzwi. CHWALIBÓG krzyczy do niej zdenerwowany:

-Co się właściwie dzieje?! Nie wynoszą kufrów! Na wasągu jeszcze prawie nic nie ma, a kareta zupełnie pusta?

-Co dziwnego? Brońcia pakuje, co jej się wydaje. Salopy, szuby, wszystkie ciepłe rzeczy, a pani hrabina zamknięta u siebie w sypialni nic nie chce mówić.

- A kto to ma tyle wyobraźni? Kto potrafi sobie w ogóle wyobrazić jak taka zima na Syberii wygląda? Hrabina płacze mówisz?

 

W trakcie tej rozmowy przed pałac wychodzi również FLORENTYNA- nauczycielka francuskiego. Lat około trzydziestu. Odzywa się na wpół po polsku, na wpół po francusku. Z wyraźnym akcentem:

-

- Pani Ewelina cały dzień dziś płacze.

- Dlaczego?

- Pan także zdaje się nie ma wyobraźni. Niech pan pomyśli, w taką straszliwą podróż musi wyjeżdżać.

- Dlaczego musi? Chce.

- I płacze mówi pani?

 

I CHWALIBÓG zatroskany wszedł na powrót do pałacu. RÓŻA zostawiła kosz na progu i też wbiegła za nim. Po chwili z pałacu wybiegła owijając się chustą PANI STANISŁAWA CHWALIBÓG – żona zarządcy, rozejrzała się szybko dookoła i zniknęła pośpiesznie w ogrodzie.

SCENA 4. Plener. Wieczór.

Pani STANISŁAWA, kobieta czterdziestoletnia, idzie pośpiesznie wałami ochronnymi, poprzez zarośla, gaiki wierzbowe, spośród których od czasu do czasu strzelał ku górze olbrzymi, stuletni pień białodrzewu. Gdy przechodzi koło takiego olbrzyma, nawet w bezwietrzny pozornie moment, koronę jego wypełnia swoisty, muzykalny szelest. Niepokojący suchy, jak szelest starych palm. Co jakiś czas mijała też stawki, oka wodne, porośnięte rzęsą, trzcinami, teraz w czerwcu pełne wodnych lilii i grążeli.

Pani Stanisława biegła, szła śpiesznie, zdyszana, cały czas wypatrując kogoś. Nagle spod jej nóg zerwała się kaczka z krzykiem. Kobieta w jakiejś nieludzkiej determinacji, z przestrachu, w obronie, uderzyła rękoma w powietrzu. Po krótkiej niespodziewanej szamotaninie kaczka zabita lub ogłuszona leżała u nóg pani STANISŁAWY. Ta stała przez moment również jakby ogłuszona, po czym przekroczyła leżącą kaczkę i pobiegła dalej.

W pewnym momencie, dalej, na drewnianym moście ( moście, który znamy ze współczesności) przecinającym rzekę, zauważyła znajomą sylwetkę. Młody chłopak, szedł jakby tańcząc obok roześmianej dziewczyny.

Pani Stanisława patrzyła na nich przez moment poczym zatrzymała się i zamyśliła nad jednym ze stawików otulających główny nurt rzeki. Stała nad miejscem ciemnym i głębokim, na dnie, którego biło podwodne źródło, zaznaczając się na powierzchni bąblami i kręgami na wodzie. Miejsce to osłonięte tatarakiem, pociągało tajemniczością. To taka toń na brzegu, której osiągało się zupełną samotność, wydaje się, że jest się całkowicie poza życiem.

Pani Stanisława obudziła się jakby, otrząsnęła z myśli, odwróciła i pośpiesznie zaczęła wracać w kierunku dworu. Ścigana dalekim śmiechem chłopaka i dziewczyny.

 

 

 

SCENA 5. Przed pałacem.

Z pałacu wyszedł CHWALIBÓG, mąż Stanisławy. Rozejrzał się zniecierpliwiony bezruchem, nieobecnością ludzi. Zauważył RÓŻĘ koło kosza i dwóch gotowych już do drogi kufrów.

- Róża nie widziała mojej żony? Nie zdążycie z wyjazdem na północ!

Nie czekając odpowiedzi znów wbiegł do pałacu.

 

 

 

 

SCENA 6. W pałacu.

CHWALIBÓG rozgląda się za żoną, szuka, znika. W domu słychać skądś cichy nieustanny płacz.

RÓŻA wraca, idzie w głąb pałacu, zacięta, milcząca.

CHWALIBÓG pojawia się znowu, kręci się chwilę w kółko, macha ręką, znika w głębi domu. Otwiera jedne z drzwi. Tam w pokoju siedzi zamyślona, patrząc w okno Ciotka DANIELA. Dama lat około 65.

- Czy pani dobrodziejka nie wie gdzie jest moja żona?

- Nikt nie ma głowy dziś do pańskiej żony mój drogi. Pewnie się też pakuje. Szykuje się do odjazdu.

 

 

 

 

 

SCENA 7. Przed pałacem.

Pani STANISŁAWA wpada na ganek, potargana, zasapana, staje na chwile, mierzy wprawnym okiem bagaże, wzdycha, wbiega do środka.

SCENA 8. W pałacu.

Pani STANISŁAWA wbiega do salonu, przebiega go, podbiega pod drzwi hrabiny, nasłuchuje chwilę, rozgląda się, biegnie prosto do małego saloniku.

 

SCENA 9. Salonik w pałacu.

Tam w ciemnym, ciężkim od zachodzącego słońca pokoju, znajduje siedzącego w fortelu EDMUNDA- porucznika, lat około 35, pięknego mężczyznę, który mieszkał we dworze na czas „ remontu koni” Zwykle czas spędzał przy samowarze, ubrany w czarną jedwabną rubaszkę, grał na bałałajce ukraińskie dumki i niektóre polskie melodie. Teraz siedział w galowym mundurze, blady, zachmurzony, z zapadniętymi oczyma.. Nie wstał na jej powitanie.

- Cóż pan się tak wystroił?

- Mąż Pani szuka.

- Chciałabym żeby pan był spokojniejszy, dodałoby to sił pani Ewelinie.

- Nie bardzo rozumiem, co pani chce powiedzieć.

- Niech pan nie udaje ja się domyślam.

- Nic tu nie ma do domyślania. Nie mam najmniejszych wyjaśnień z panią hrabiną.

- Co tu trzeba wyjaśniać? Dość spojrzeć na pana. To już starczy.

Ośmieliła się, zauważyła, w jakim jest stanie, że niespokojny uderza rękawicami o kolana. Rozczulona zaczęła się cicho śmiać i przytuliła nagle do siebie jego piękną głowę, głaskała śmiejąc się cichutko, ramię.

- Niech mi tylko nie mówi, że nie potrzebuje pociechy.

Usłyszawszy kroki. Osunęła się. CHWALIBÓG stanął w progu. Skłonił się Edmundowi, mimo że wszyscy już się dziś widzieli.

 

 

 

 

SCENA 10. Salonik w pałacu.

 

- Co tu się właściwie dzieje? – Pyta CHWALIBÓG żonę. Tak pomału wynoszą kufry? Ty znikasz?

- Co dziwnego? Hrabina płacze. Marylka płacze. Nie wiadomo, co to robić?

- A gdzie ty się podziewasz? Sama do wyjazdu nie gotowa? Nie można cię znaleźć. Trzeba iść do hrabiny. Porozmawiać. Cały czas zamknięta. Co to cały dzień płakać? Już późno. Nie odjedziecie nawet ze świtem.

- A kolacja gotowa? Idź zarządź. Sama bym się szampana przed wyjazdem napiła.

- Pani Ewelina nie przyjdzie? Spytał, jakby nie a propos porucznik.

- Pani hrabina- poprawił go z naciskiem CHWALIBÓG- chyba nam się dzisiaj nie ukaże. Jest w niezwykłych waporach.

- A to się nie dziwię- stwierdziła pani STANISŁAWA I wybiegła. PORUCZNIK spojrzał na zegarek.

- Do kolacji jeszcze dobra godzina. Na razie pójdę do siebie.

Panowie spojrzeli na siebie ciężko, w ciszy.

- Spokojnie- powiedział CHWALIBÓG- pomału wozy załadują. I niech się pan przebierze. Śmiesznie pan wygląda w tych paradach.

Porucznik uderzył jeszcze raz rękawicami po udach i gwałtownie wyszedł z salonu.

 

 

SCENA 11. Przed pałacem.

Powoli zachodzi słońce. Wzdłuż pałacu, zaglądając do okien pokoi, WERONIKA- matka Róży, szuka córki. Widocznie porozumiały się obie, bo odwraca się odbiega do oficyn, zaraz za nią wybiega i RÓŻA i oglądając się na boki po cichu, pośpiesznie, podąża za nią.

 

 

SCENA 12. W pałacu.

CHWALIBÓG i panna FLORENTYNA, wychowawczyni MARYLI, córki pani hrabiny, rozmawiają w gabinecie. Ona ostrzyżona krótko, co go wyraźnie denerwuje, nie może z nią zwyczajnie wprost rozmawiać. Ona z oczami czerwonymi od płaczu. Mówi wtrącając francuskie słowa, co chwilę.

- Dziecko do siebie wzywa. Potem nie wpuszcza. Każe wszystko pakować potem naraz wyjmować i wieszać z powrotem. Ja tego nie rozumiem. Po co jechać? Jak siedzi w negliżu przed lustrem cały dzień i co spojrzy w lustro to płacze? Musi jechać?

- Pani hrabina uważa za święty obowiązek pojechać za mężem. I święty to obowiązek.

- Dziecko samo zostawiać?

- Proszę się nie denerwować, Marylka zostaje pod moją opieką, pani, opieką panno Florentyno. Ciotka Marylki, pani Pszenna, będzie tu też lada chwila.

- Taka podróż? Tak daleko. Dziecko własne zostawiać? Majątek? Pani hrabina musi jechać?

- Męża pognali na Sybir, kochające żony jadą za mężami. Pani panno Florentyno, jako cudzoziemka nie bardzo to zrozumie. Obowiązkiem żony jest być przy mężu. Jedzie za mężem. „ Że cię nie opuszczę aż do śmierci”- tak przysięgała.

- Śmieszne.

- Hrabina jest nie tylko katoliczką, ale i Polką. Co by ludzie powiedzieli gdyby za panem Piotrem nie pojechała?

- Ja tego nie rozumiem. Czy to poświęcenie nie jest za duże? Dla stary mąż, którego już nic nie czeka...

- Moja żona będzie jej jakiś czas w drodze towarzyszyć. Hrabina poza tym, w jej położeniu, będzie miała wygodną podróż.

- Nie rozumiem tego. Ale jeśli by Marylka umarła?

- Też pani wymyśliła. Niech ręka boska broni! Co pani do głowy przychodzi?

- Gdyby nie pojechała straci majątek? Z powodu pieniędzy jedzie?

Cały majątek jest pani hrabiny, może sobie robić z nim co chce. Mąż tu nie ma nic do powiedzenia. Tutaj nie obowiązuje kodeks napoleoński. Żona ma całkowite prawa do swojego majątku i rządzi nim swobodnie. Bez męża. Co pani wymyśliła?

- No to nic nie rozumiem.

Weszła na to pani STANISŁAWA..

- Hrabina odłożyła wyjazd do rana. Dopiero o świcie ruszamy.

Panna FLORENTYNA uciekła natychmiast z pokoju.

- Kolację zarządziłeś? Szampana każ przynieść natychmiast.

- Zaraz każę podać. W narożnym gabinecie.

I CHWALIBÓG wykorzystał sytuację, że są sami, żeby się do żony przytulić.

- Będę tęsknił za tobą.

- Dlaczego mnie z nią wysyłasz?

- Nie z nią, trochę odprowadzisz, dla towarzystwa. Winni to jej jesteśmy. Nieszczęśliwa kobieta. Zawrócisz z polowy drogi, na przykład z Uralu, za nawet Czernichowa, albo nawet już z Kremienczuga. Nie masz obowiązku towarzyszenia jej do końca, ale odprowadzić musisz, jako dama do towarzystwa. Nie można takiej kobiety samej w drogę puszczać.

- Obowiązku nie ma, ale jakże można ją puszczać taką podróż? Co ja tam czeka? Nie wiadomo.

- Taki los. Taki obowiązek. Taka powinność.

- Jej wybór, jej obowiązek i tyle -odparła Stanisława spojrzawszy mimochodem w lustro.

 

 

SCENA 13. Przed izbą Róży.

IGNAC-. Umierający wychudzony mąż Róży na taczkach przed domem. WERONIKA - matka Róży i BONICHA matka Ignaca, szarpią się. WERONIKA nie chce ich wpuścić do domu.. RÓŻA nadbiegając już krzyczy:

- Bonicha, pocoście mi go tu znowu przywieźli? Zabierajcie sobie swojego syna coście go wychowali na zdechlaka. Jak ma umierać to niech umiera u was.

- Ziemi nie chce zapisać – to wynocha!.- Zabierajcie go sobie.

- Przywiozłyście go na umieranie a on nie umiera. Czekam i czekam, a samego mleka już wypił z pół wiadra. A może on nie umrze? A na co ja mam go karmić? To twój mąż.

- Taka ja jemu żona jak on mi mąż, krzyczała z goryczą. Róża. Zapisze ziemię to przyjmę z powrotem? A nie, niech zdycha gdzie chce!

- Niedoczekanie, synaś mi wykończyła, żebyś jeszcze moją ziemię zżarła!? Niedoczekanie!

- Tysiąc zloty mnie kosztował. Ubranie, wesele, choroba. A ziemi zapisać nie chce.

- Po coś za nim latała? Starszy, mniej delikatny by ci się zdał. On był od początku nie dla ciebie. Ale takiegoś chciała, jakiegoś se kupiła. Zmarnowałaś go.

Róża przestała się szarpać, uciszyła wszystkie i spojrzała na młodszego syna Bonichy.

- Jasiek leć po księdza żeby tu przyszedł z sakramentem a ja do dworu muszę lecieć, bo tam krzyże pańskie. A wy w chałupie na śmierć czekajcie. Bo zaraz przyjdzie. I będzie koniec. Po wszystkim. A tu zaraz ludzi się naleci. I już bez krzyku!

 

 

SCENA 14. W pałacu.

W tym czasie w salonie CIOTKA DANIELA znalazła w kącie domu, gdzieś panią STANISŁAWĘ i rozmawiają cicho:

- Nie można dopuścić do jej wyjazdu. Wyobraź sobie moja Stanisławo jak to będzie tutaj; jak ona wyjedzie. Kto będzie rządził? Pszenna? Służba? Mąż pani będzie miał niewiele do powiedzenia. Czy masz pojęcie, jakie to będą rządy? Jak ja tu będę wyglądać? Umieściłam mój malutki kapitalik u Piotra, mam za to mały procencik, ale to na bardzo mała sumę, i utrzymanie. Przyzwoite utrzymanie, i Ewelina dotrzymała zobowiązań Piotra. Ale któż to zaręczy, jak będzie, kiedy ona wyjedzie? Czy mnie nie wyrzucą na trakt berdyczowski? Czy nie zostanę kompletnie na lodzie? Ale tak, na pewno tak będzie. I do czego ty wrócisz, moja Stanisławo? Z tego Kremienczuga czy Czernichowa. Co ty tu zastaniesz? I co będzie z mała Marsylką zostawioną tutaj w obcych rękach?

- Moralność. Wielkie poczucie moralności wymaga tego wyjazdu.

- A czy ty myślisz moja Stanisławo, że to wyjdzie, komu na dobre? Przytrzymywanie się reguł najwyższej moralności bywa bardzo szkodliwe. Po prostu destruktywne. Czy ty nie myślisz że się wtedy wszystko zawali? Majątek, dom, gospodarstwo, los Maryli, i los samej Eweliny?

- Wszystko przemija, tout passe.

- Otóż to! Ależ tak, ma chere, wszystko przemija....

- I to takie smutne.

- Oczywiście. Ale chciałam ci zwrócić uwagę, ze to, co przemija może być przyjemne i nieprzyjemne. Lepiej żeby było przyjemne, aby wspomnienie po tym zostało jarzące, palące się jak lampa oliwna w ciemności...

- O czym pani mówi?

- Musimy się zastanowić nad sytuacją-

- Co tu jest do zastanawiania się? – Zdumiała się pani STANISŁAWA, wyraźnie się gdzieś śpiesząc i myśląc o czymś innym.

- Dopóki konie sprzed ganku nie odjechały sytuacje można zmienić.

- Co tu można zrobić? Co jest do zastanawiania się? Nic nie poradzimy. Decyzja jest powzięta.

- Wyobraźcie sobie jak to będzie, kiedy Ewelina wyjedzie. Zostanie Marylka, zostanie powiedzmy panna Florentyna czy inna jeszcze nauczycielka. Pani Pszenna przyjedzie. Kto będzie głową domu?. Kto każe, aby nam usługiwano jak dotychczas? Zmiany mogą być bardzo wielkie.

- Oczywiście, ale co robić? Co robić? Jest za późno.

- Il faut tenir pour qu’elle reste!

- Co można zrobić?- Spytała jeszcze raz pani STANISŁAWA

- Wszystko możliwe. Ona musi tutaj zostać, bo wszyscy pójdziemy z torbami. Rozumiecie?

- ...

- Więc co? Ty pomówisz z porucznikiem?

- Z porucznikiem? – Udała zdziwienie STANISŁAWA.

- Oczywiście z porucznikiem. Wszystko zależy od niego.

- Młody.- Uśmiechnęła się pani STANISŁAWA

- Nie taki znów młody. Nieobyty. On nigdy jeszcze nie miał do czynienia z damami. Jego dotychczasowe konkiety to Małaszki i Paraski albo najwyżej Cyganki w Berdyczowie. On po prostu nie umie.

- Trzeba go nauczyć. Uśmiechnęła się znów STANISŁAWA.

- On musi zatrzymać Ewelinę. Inaczej – przepadliśmy. Wszyscy i wy i ja, wszyscy. A Może pan Ghwalibóg porozmawia jak mężczyzna z mężczyzną?

Pani STANISŁAWA tylko machnęła ręką. Ciotka mówiła ciągle, bez przerwy, dalej.

 

- Może powiedziałam za dużo. Tak, wszystko trwa tak krótko, ale są różne trwania. Po co mamy trać w biedzie i niesnaskach, kiedy wszystko zależy od jednej jedynej rzeczy....

- Od czego?- Szeptem zapytała STANISŁAWA.

- Od jeden nocy czerwcowej.

- Idź do niego. Powiedz mu...

- Co mam powiedzieć?

- Wszystko. Powiedz mu o miłości.

- O miłości? Nie rozumiem...Przecież ich nic nie łączy?

- Jak to nic? Ty jesteś materialistka, chciałabyś żeby ich od razu łączyło łóżko. Połączył ich stół. Sami nie wiedzą jak wiele to znaczyło, że przez wiele miesięcy zasiadali razem do stołu, mieszkali w jednym domu. Rozmawiali o mężu męczenniku.

- Dla nie go to nie był męczennik tylko buntownik. On go od razu nienawidził.

- Tak. On go nienawidzi. Tym łatwiej będzie namówić go na Ewelinę.

-

 

 

SCENA 15. Nad rzeką.
Stanisława znów biegnie ogrodem. Nad rzeką. z daleka widzi Bogusława. Oparty o barierę mostu bawi się w plucie do wody. Im dłuższa ślina tym lepiej.

- Bogusław! Bogusław!

Chłopak zaczął się rozglądać, zdziwiony. Wreszcie zauważył, kto wola. Zaczął iść w jej kierunku, a potem ponaglany, biec.

Zdyszana STANISŁAWA, ponaglała go ręką.

 

- Wiesz, że wyjeżdżamy?

- Tak? Nie.

- Dlaczego nie przyszedłeś po książki jak prosiłam?

- Nie wiem.

- Gdzie Halina?

- Odjechała. Do miasta.

- Przyjdź nad rzekę za dwie godziny, nocą. Przyniosę książki. Rano wyjeżdżamy. Przyjdziesz?

- Przyjdę.

 

SCENA 16. Kuchnia we dworze.

WASYL i CIOTKA kłócą się o szampana.

- Został tuzin butelek. Dla pani hrabiny na drogę. Do kolacji nie dam.

- Gburze jeden, porucznik Ubrał się w galowy mundur. Szampana trzeba podać. Pożegnalna kolacja.

Wbiegła RÓŻA..

- Czy pani już spakowana? Spytała ciotka.

- Gdzie tam spakowana? Cala noc przed nami! Najpierw kazała wszystko popakować z garderoby i z ubieralni, a potem kazała powyjmować i powiesić z powrotem. Teraz kufry ubraniowe puste. Pani wszystkich przegnała, z córką rozmawia.

- To i dobrze. Zdążycie.

- A dziecko samo na pastwę obcych tu zostaje. Co za los.

- Zwyczajnie mus.- Odezwał się WASYL.

- Natychmiast szampana dawaj!

- Nie zziebiony dobrze.- Zdążył krzyknąć WASYL.

- A, w takim stanie i ciepły wypiją. – Odparła CIOTKA i poszła.

SCENA 17. Podjazd pod PAŁACEM.

Prawie ciemno. Stanisława przedzierając się do dworu obserwuje chodzącego dookoła podjazdu, niecierpliwie ostrogami dzwoniącego porucznika.

 

 

 

SCENA 18. Pałac. Holl. Pokoje. Salon.

CHWALIBÓG, CIOTKA.

- Nie widziała pani dobrodziejka żony mojej? Do kolacji trzeba siadać. Panią hrabinę poprosić. A potem pakowanie kończyć.

Mama nie przyjdzie, odezwała się nadchodząc i mijając ich zapłakana MARYLKA.. Z nauczycielką, francuską panną FLORENTYNĄ siadły do stołu. Zapuchnięte od płaczu. Wpadła i STANISŁAWA. CIOTKA, Chwalibog, wszyscy siedli w milczeniu. Szampana rozlewają. Zaczęto jeść.

Niespodziewanie wszedł porucznik. Na nowo przebrany w domowy strój. Cisza zrobiła się jeszcze większa. Bez słowa stanął w progu.. Oczy wszystkich pań ztkliwialy, zmiaekly, nawet Marylka po cichu zapominając o swoim i domowym nieszczęściu rzęsami mruga. Moment zrobił się taki jakby monstrancję ktoś do góry podniósł.

Porucznik w milczeniu podszedł, nalał sobie szampana, pije. Na nikogo nie zwraca uwagi.

Pierwsza odezwała się CIOTKA:

- Panie poruczniku, proszę usiąść z nami do stołu.

Porucznik spojrzał, jakby się ze snu obudził. Usiadł. Nic nie jadł. Wszystkie kobiety zapuchnięte od płaczu, z zaczerwienionymi oczyma, blade, wpatrywały się w niego w milczeniu. Ten na nikogo nie zwracał uwagi tylko raz po raz, sam sięgał po kryształową karafkę i nalewał sobie czerwonego wina. CIOTKA pochyliła się do STANISŁAWY:
- Nie powinien tyle pić. To go pozbawi sił.

STANISŁAWA spojrzała na nią ze zdumieniem:

- Nie rozumiem.

A potem spojrzała pani STANISŁAWA na CIOTKĘ uważniej. Trwała cisza. Pan CHWALIBÓG zdradzał również niepokój i kiedy podnosił kieliszek do ust nie można było nie zauważyć jak mu drży dłoń. MARYLKA, co chwila podnosiła wzrok na porucznika wzdychała i znów głowę opuszczała. CIOTKA spostrzegła to raz i drugi zaniepokojona. STANISŁAWA natomiast piła jakby za dużo i za nerwowo. Uśmiechała się do Ciotki. Pani FLORENTYNA wpatrywała się w porucznika z nieukrywaną przyjemnością. Po długiej chwili wszedł WASYL i nachyliwszy się nad uchem zarządcy i powiedział:

- Pani hrabina prosi pana do siebie. Kufry już wyniesiono i upakowano wasąg.

CHWALIBÓG wstał, popatrzył dookoła triumfalnym wzrokiem, wyprostował się. Wyszedł.. Z korytarza słychać było jego krzyk w drodze do sypialni hrabiny:

- Bronka! Osobiste rzeczy Pani mają iść do karety! Upakuje się je o świcie!

W jadalni panowała pełna pięcia cisza. Po czym MARYLKA nie czekając końca tej pożegnalnej kolacji, zerwała się od stołu i wybiegła.

- Biedne dziecko. – Odezwała się pani FLORENTYNA.

Panowała cisza. Porucznik znów nalał sobie wina. Nagle zabrzmiał

Głos pani STANISŁAWY:

- Czy to nie będzie za dużo? Stanowczo za dużo.

- A może pan Porucznik przyzwyczajony topić swoje zmartwienie w kieliszku?- Odezwała się teraz CIOTKA pociągając jednocześnie zdrowo ze swego kieliszka.

- Czyż można porównać zmartwienia pana porucznika do naszych? Co pana porucznika obchodzą nasze problemy?- Mówiła ni z tego ni z owego, nic nie rozumiejąc a starając się być zalotną panna FLORENTYNA- używając do wypowiedzenia się aż trzech języków, polskiego, francuskiego a także wtrącając słowo ukraińskie ( problemy)

- Skąd pani wie, co mnie obchodzi? - Grubiańsko odparł jej Edmund.

- Żal mi pana szczerze. – Odezwała się kolei pani STANISŁAWA.

W tym momencie wrócił CHWALIBÓG i oznajmił dość opryskliwie:

- Panie poruczniku, pani hrabina prosi pana do siebie.

Porucznik zerwał się na równe nogi i jakby zachwiał się od swojej gwałtowności. Zrobiła się zupełna cisza. Porucznik opanował się , nalał sobie jeszcze kieliszek, wypił jednym haustem. I rozległy się kroki dźwięczące ostrogami, których porucznik nie zdjął przebierając się.

 

 

SCENA 19. RÓŻA znów biegnie do siebie do domu. Sprawdzić czy ksiądz przyszedł i czy maż jeszcze żyje.

Z księdzem się minęła się w progu. Przeżegnała.

- Żyje?

- Żyje. Czego ty Róża od niego chcesz?

- A bo chłopa mi trzeba nie zdechlaka.

- To po go brałaś? Czegoś się go czepiała?

- Niech ksiądz swojego nosa pilnuje.

W izbie WERONIKA- matka Róży, BONICHA i JASIO brat Ignaca – umierającego męża Róży, co po księdza biegał, w ciszy czekali przy świecach przy łóżku chorego, na śmierć. Ta dopadła do umierającego. Zaczęła go szarpać:

- Ignac! Ignac, kwiatuszku, obudź się, ziemie odpisz, jeszcze czas, odpisz mi, choć ten kawałeczek. Po pisarza posłałam. Ignac! Słyszysz?

Szarpała go mocno, ale umierającemu tylko głowa na poduszkę upadła. RÓŻA rozejrzała się wściekła dookoła. Po ludziach.

--Bonicho, a czegoście tu jeszcze? Zdechnie to się was zawiadomi.

-Bo ja z tobą Róża porozmawiać chciałam.

-A o czym.

-Róża tysiąc ci został, jakbyś uzbierała jeszcze tysiąc, to by teraz Jasio za ciebie poszedł? Jak Ignac umrze. On zawsze nijaki był. Nie chłop. Jasio bardziej ci się nada. A po śmierci Ignaca więcej ziemi do podziału. Jasio swoją ziemię na Różę przepisze, ja nie będę broniła. A Róża jemu dwa tysiące zapisze na przeżycie. Wydatki będą mniejsze, ubrania oba są i płaszcz jak nowy. Ignac nie miał czasu go znosić. Suknie ślubną Róża tez ma. Tylko buty Róża Jasiowi kupi, bo mu te po Ignacu nie wejdą. I jakoś się ułoży, trzeba jakosik żyć na tym świecie.

WERONIKA aż siadła głębiej RÓŻA znieruchomiała. Spojrzała na Jasia. Ten siedział zarumieniony, uśmiechał się spokojnie i szczęśliwie.

-Jasio? Toż to jeszcze dziecko.

- O już nie takie dziecko. Za dwa lata, będzie miał dziewiętnaście lat. Jasio na ciebie Róża poczeka.

- Chcesz? Spytała go RÓŻA.

Jasio kiwnął głową potakująco. I niespodziewanie odezwał się basem:

- Ja bym tylko chciał...zegarek.

Teraz Róża znów zastygła. Uśmiechnęła się. Po czym wzięła jedną świecę. Bliżej do Jasia podeszła. Obejrzała go.

- Wstań.

Chłopach z nieśmiałym uśmiechem, mnąc czapkę w ręku niezgrabnie wstał.

- Chicialbyś mnie?

- Chciał, ale za dwa tysiączki- wtrąciła się Bonicha.

- Ja bym chciał zegarek. – Odezwał się cicho chłopak.

- No to módlcie się, bo jak dziedziczka wyjedzie to gówno. Wszystkich nas rozgonią. Prawie nikt w pałacu do pracy nie zostanie. Ale jak zostanę, co daj Bóg, to będziesz zegarek miał. Zgoda?

- Nie mówicie tak głośno człowiek umiera.- Odezwała się Weronika i przeżegnała.

SCENA 20. Park. Potem plaża nad rzeką. Wieczór.

Zdyszana pani STANISŁAWA biegnie na oślep parkiem, potem nad rzeką. Zatrzymuję się na chwile, kiedy jej buty wpadają w nadbrzeżne błoto. Zaniepokojona tym, zastanawia się chwile, co ma robić, wreszcie rusza dalej. Kiedy dopada w umówione miejsce , i okazuje się że nie ma tam chłopca. Przystaje bezradna. Rozgląda się. Dyszy. Wreszcie dostrzega go, nieopodal, kąpiącego się w rzece. Wydaje się jej ze to on. Biegnie w tamtą stronę.

Kiedy dopada do dużego drzewa rosnącego na brzegu chłopach właśnie wychodzi z wody. Jest nagi. Zasłania się pędami tataraku wyrwanymi w wodzie. Uśmiecha się.

- Przepraszam spóźniłam się.

- Nieszkodzi. Gorąco. Czekałem na panią i skorzystałem z okazji żeby się ochłodzić.

Nagość i piękno młodego chłopca zrobiła na niej wrażenie. Chłopiec zaczął wycierać się koszulą. Pani Stanisława niespodziewanie dla samej siebie podbiegła żeby mu pomóc. Chłopach odwrócił się zdumiony. Spostrzegł, że pani Stanisława płacze. Patrzył na nią chwile nic nie rozumiejąc, a ta przywarła wargami do jego gołych mokrych pleców, objęła go gwałtownie, wczepiła się w niego jakby ratując sobie życie.

- Co pani jest?

- Dam ci pieniędzy, chcesz?

- Naprawdę? Ucieszył się chłopak.

- Masz całe plecy w piasku. Mówiła wycierając go i płacząc.

- Nieszkodzi, zaraz się otłukę. Co pani jest? Co pani robi?

- Wiesz gdyby żył mój syn byłby w twoim wieku.

Chłopak odwrócił się. Pani Stanisława cofała głowę, odwróciła ja jakby się zasłaniając, odwracając wzrok przed jego wzrokiem. Chłopak przyjrzał jej się, niespodziewanie przyciągnął ją do siebie i pocałował usta. Pocałunek trwał długo. Kiedy oderwali wargi pani Stanisława wyszeptała:

Co ty robisz?

- Nic. Pani jest taka dobra.

- Mężczyzna nigdy nie powinien mówić kobiecie, że jest dobra.

- A co ma mówić. Przecież po to pani tu przyszła, nie?

- Nic, nic ma nie mówić! Syknęła przez zęby o odwróciła głowę.

 

 

 

SCENA 21. Pokój pani Eweliny. Późny wieczór.

Porucznik wchodził do tego pokoju po raz pierwszy. Stał moment pod drzwiami, po czym nacisnął klamkę i wszedł. W pokoju panował mrok. Przez uchylone zasłony widać było poruszające się za oknami, groźnie, gałęzie. Rysował się zarys łóżka z baldachimem. Hrabina siedziała tyłem do drzwi, w fotelu. Nie widział jej. Dostrzegł tylko wątle palącą się świeczkę na stoliku przed nią w świeczniku i srebrna zastawę do herbaty.

- Chciałam się z panem pożegnać. Nie zachęcała go do wejścia głębiej. Przepraszam ze nie uczyniłam tego wcześniej , ale w tych ostatnich dniach byłam tak przejęta tym wyjazdem . Po prostu myśli nie mogłam zebrać. A chciałam panu podziękować i wyrazić wielka wdzięczność za całą tę delikatność, którą pan przejawił goszcząc od dłuższego czasu w moim domu. Żałuję, że nie mogę powiedzieć w „ naszym „ domu, bo nie poznał pan go wtedy, kiedy mój mąż był tu obecnym. Niech mi pan wierzy w pełni doceniam pańska delikatność i dobre wychowanie przez cały ten czas, kiedy pan ani swoim postępowaniem ani swoimi słowami nie uraził w niczym moich uczuć. A uczucia te, pan rozumie, były narażone na szwank, były ofiarą burzliwych porywów i bardzo nieokreślonych prądów, które w rezultacie skończyły się bardzo określoną decyzją. Wyjeżdżam.

Porucznik nie zachęcany ani do siadania a ni do wejścia stał cały czas w progu w niezręcznej sytuacji.

- Niech mi pani Hrabina wierzy, że szczerze...

Zamilkł.Przez moment trwała krępująca cisza, po czym hrabina mówiła dalej:

- Niech mi pan wierzy to nie są próżne słowa. Okazał pan swoje rycerskie przymioty....Dotąd miałam o panach oficerach...... Młodych oficerach, dosyć zniekształcone pojęcie, miałam ich za grubianów i ludzi nieokrzesanych..... Tym milej mi powitać pana w swoim domu...

- ...i pożegnać- westchnął Edmund , siadając na najbliższym drzwiom krzesełku. Zawstydza mnie pani hrabina. Nie zasłużyłem sobie na tak dobre mniemanie. Byłem dziki.

- Być może , ale znajdował się pan przez te pól roku w nader delikatnej sytuacji mieszkając w domu ni to wdowy ni to mężatki. Tym bardziej ze nie mam żadnego męskiego opiekuna, co czasami tak dotkliwie odczuwam....

 

 

SCENA 22. Nad rzeką.

Oboje STANISŁAWA I BOGUSŁAW- CHŁOPIEC, siedzieli zawstydzeni. Zamyśleni, patrząc przed siebie. Stanisława zapytała:

- O czym myślisz? O tej dziewczynie?

- O niczym.

- Jesteś strasznie młody. Ile masz lat?

- Dwadzieścia pięć. Dlaczego kazała mi pani tu przyjść.?

- Bo wyjeżdżam.

 

 

SCENA 23. W stołowym pokoju.

RÓŻA i WASYL sprzątają ze stołu. Przy stole jeszcze tylko pani FLORENTYNA i CIOTKA DANIELA. CHWALI BÓG. Florentyna pochlipuje:

-Ale nikt mnie poważnie nie traktuje. Bo będzie ze mną jak wyjadą. Co a Marylka . ja musze mieć jakieś zabezpieczenie. Nikt ze ma nie rozmawia.....

- Moja Droga, musisz się przygotować na niejdna niespodziankę- pocieszała ją ciotka ze spokojem. – Nie nauczono cię cierpliwości w tym domu.? Nikt z nas tu nic teraz nie wie. O jakiej gwarancji ty mówisz?

CHWALIBÓG pociągał wino, milcząc, widać było, że już jest pijany.

- Gdzie moja żona?

- No przecież mówiła ze idzie się pąkować. Żeby na rano być gotowa. Jeszcze do tej pory w tym zamieszaniu nie mogła o sobie pomyśleć... A ty, co? Sam nie wiesz, o co ci powinno chodzić koteczku? Jak hrabina wyjedzie, będziesz tu używał na całego, co? I nami pomiatał? Jak zostanie - marszałek dworu zarządca, tez cos znaczy? Co?...Wasyl! Przynieś panu zarządcy jeszcze wina, długa noc przed nami....

 

 

 

SCENA 24. Pokój pani Eweliny.

Sytuacja nie zmieniła się zupełnie. Porucznik widzi rękaw koronkowy pani hrabiny, koniec dłoni, bucika. Sam w mroku na krzesełku koło wejścia. Cisza. Po czym hrabina znów zaczyna mówić . Widzać ze po przerwie.

- Gdyby Marylka była chłopcem, to już w jej wieku, czułabym pomocną męską rękę. Ale dziewczyna to mojej opieki i pomocy wymaga, i długo jeszcze będzie jej potrzebowała.

- A zostawia ja pani samą .....

- Trudno , tak się okolicznosci życiowe złożyły. My Polacy niejedno niejedno musimy złożyć na ołtarzu obowiązku.

- Więc pani pani hrabino , uwaz aza swój święty obowiazek podążenie za swoim mężem? Kogos siepani radziła w tej sprawie?

- Radziłam się przede wszystkim sumienia.

- Czy i serca także?

- Kiedy spełniamy swój obowiązek , zyskujemy spokój serca. Zechce się pan napić herbaty?

Porucznik zerwał się gwałtownie i zbliżył siadając przy hrabinie. Przechodząc porwał jej rękę i pocałował, co wywołało dłuższą konsternację i milczenie . Dopiero po nalaniu mu herbaty, hrabina na nowo zaczęła znów mówić:

- Byłam zupełnie nie wtajemniczona w sekrety działalności Piotra. Męża mojego. Zupełnie nie wiedziałam, co oznaczają jego wyjazdy do Kijowa i do kamionki. Wybuch powstania dekabrystów zaskoczył mnie zupełnie, a już zupełnie nie miałam pojęcia o związkach Piotra ze sprawą.

- Musiała pani potępić męża.

- Otóż nie. Nie rozumiałam go. Ale potępić nie miałam prawa.

- Dlaczego? Przecież to była skrajna nielojalność. Złamanie przysięgi wierności. Nielojalność i w stosunku do pani. Dobrze ze skończyło się katorgą , mogło się skończyć śmiercią i konfiskata całego majątku.

- Majątek jest mój. Cesarz to dobrze wiedział, że mnie nie można oskarżyć o nielojalność. Interesy mojego męża nic mnie nie obchodziły.

- I mimo to sądzi pani ze pani obwiazkiem teraz jest podążyć na katorgę za nim. Wziąć na siebie wyrok, który słusznie uderzył w niego, którego pani może nie wytrzymać.?

- Źle mnie pan sądzi panie poruczniku. Ja wszystko wytrzymam, skoro uważam że tak należy postąpić....

- Ale czy naprawdę pani tak uważa? Czy zdolna pani jest tak jak on do wiarołomstwa?

- Panie poruczniku jest pan tez Polakiem jak ja i jak mój maż. Czy pan myśli ze konspiracja przeciwko carskiej władzy to naprawdę wiarołomstwo? Czy Polak nie powinien dążyć do wolności? Czy to nie jest jego prawo naturalne?

- Pani hrabino, co to jest wolność. Co to jest prawo naturalne? Czy ono ist