Marlene

11 grudnia 2003

Odkąd pamiętam, słucham jej płyt. Odkąd pamiętam, jej sposób wymawiania imion męskich na tych płytach fascynował mnie i podobał mi się najbardziej. Marylin Monroe, Edith Piaf, Juliette Greco, Ella Fitzgerald, Ewa Demarczyk, wszystkie one w moim dziecięcym jeszcze uchu, płakały, prosiły, zaklinały, błagały mężczyzn o miłość. Marlena w tym samym czasie zachrypniętym, nonszalanckim głosem wysyłała ich po papierosy. Jeszcze nie wiedziałam, dlaczego ale ta "opcja" podobała mi się najbardziej, jeszcze nic nie rozumiałam, ale jej leniwy lekceważący śmiech, zarejestrowany na tych płytach, wolałam niż rozpacz Piaf, podlizywanie się Marylin i smutek Greco, a dzień, w którym zrozumiałam, że piosenki "Moje blond maleństwo" nie śpiewa do dziecka a do mężczyzny, stał się przełomowym dniem w moim życiu kobiety. Zrozumiałam jedno, że to od niej chcę się uczyć być kobietą a nie od nich. Potem już prawie zawsze słyszałam o niej "Ta Kurwa!" i ciągle musiałam jej bronić, występować w jej imieniu, szczególnie kiedy pracowałam w Niemczech. Nienawidzą jej tam, przeklinają, jednocześnie po cichu zazdroszcząc i podziwiając. Kiedy przygotowywałam się do mojego spektaklu Marlene, pojechałam do jednego z berlińskich teatrów, żeby obejrzeć przedstawienie zrobione według tego angielskiego tekstu tam, w Niemczech, i przeżyłam podczas tego wieczoru chwilę zdumiewającą. Ze sztuki wykreślono wszystko, co mówiło o wojnie, co przypominało wojnę, każde wspomnienie wojny, wypaczono zupełnie myśl i sens tego tekstu i powód nieobecności Marleny w ojczyźnie, ale, kiedy aktorka grająca Marlenę na końcu przedstawienia zaśpiewała nie "Lilli Marlen" jak chce autorka a .....Walizkę małą wciąż w Berlinie mam, dlatego wiem, że muszę wracać tam, bo spakowałam w nią radość całą, i szczęście i ten czas najlepszy, jaki znam...., wszyscy na sali wstali i płacząc śpiewali razem z nią, jakby z tęsknoty za kimś, kto ich odrzucił, kto miał odwagę się sprzeciwić, wystąpić przeciwko Niemcom hitlerowskim i konsekwentnie wobec całego świata się z tym obnosić, krzyczeć to z odwagą i siłą. Za tą K.....! która przeżyła wojnę w amerykańskim mundurze i skończyła ją w randze majora armii amerykańskiej, a największym jej marzeniem było wjechać na pierwszym amerykańskim czołgu do zwyciężonego zbombardowanego Berlina, w którym cały czas wojny i bombardowań pozostawała jej matka!!!

Zawsze mi się podobała. Podobała mi się jej pracowitość, pruska dokładność i punktualność, podporządkowanie się autorowi jej wizerunku, von Sternbergowi, i wierność temu wizerunkowi, jej konsekwencja w autokreacji a jednocześnie nonszalancja z jaką żyła, odwaga przyjmowania i grania ról prawie zawsze negatywnych. Kiedy dowiedziałam się o tym, jak zachowała się na wieść o wybuchu wojny, jak spędziła dwa lata na frontach tej wojny, gdzie odmrożenia, szczury i zagrożenie nie były wymyślonym obrazkiem, nabrałam dla niej prawdziwego podziwu i szacunku.

Ale największy zachwyt poczułam po obejrzeniu słynnego dokumentu o niej, zrobionego przez Maxymiliana Schella, w którym Marlena nie pozwoliła się co prawda sfotografować, i na końcu właściwie bełkocze pijana i płacząc śpiewa piosenkę o Berlinie. Byłam i jestem do dziś tym filmem porażona. Marlena komentuje w nim swoje życie i osiągnięcia zawodowe i życiowe w sposób niezwykły. Kpi, szydzi i lekceważy wszystko co zrobiła. Schell pokazuje jej kawałki ról, filmów, najlepsze fragmenty, gdzie jest zjawiskowo piękna, lub gra naprawdę świetnie, Marlena śmieje się ze wszystkiego, prawie wszystko nazywa kiczem, szmirą, gównem, jest bezlitosna w stosunku do siebie, do tamtej estetyki, tamtych czasów, scenariuszy, osiągnięć. Co chwilę wybucha śmiechem i lekceważeniem najrozkoszniejszym ze wszystkich.

Jej komentarze są okrutne, nowoczesne, dowcipne, odważne. Nie znam innego takiego przykładu, kogoś kto z taką bezwzględnością rozprawiłby się publicznie ze swoim wizerunkiem. Całkowity brak sentymentalizmu, trzeźwa, okrutna ocena, poczucie humoru, kpina z samej siebie i osiągnięć całego życia i tylko tęsknota za ojczyzną a raczej Berlinem, gdzie rozumiano żarty tak samo jak ona, jak mówi z nostalgią. Nieprawdopodobne.

Z jednej strony pisano o niej: Była jedną z najsłynniejszych światowych gwiazd filmu. Aura leniwej zmysłowości, która wyrażać miała dekadentyzm i wyrafinowanie republiki weimarskiej, była cechą charakterystyczną większości jej ról... Jedna z najwyraźniejszych ikon dwudziestego wieku... Gwiazda, która sprowadzała do sal kinowych setki tysięcy widzów na całym świecie... Duchowe dziecko Europy... Orędowniczka idei demokratycznych, o które walczyła wykazując wielką odwagę osobistą... Symbol nieskończonego piękna... Niezmienny przez całe życie kodeks postępowania, ambitne dążenie do sławy i poczucie obowiązku wobec otaczającego ją świata i publiczności... Jedna z najbardziej fascynujących kobiet dwudziestego stulecia. A z drugiej strony opisywano jej biseksualność, brak moralności, nikłe zdolności aktorskie, romanse i skandale. Podważano intencje wyjazdu na front, oceniano ją źle jako żonę i matkę. To los każdej tego typu wyraźnej wielkiej osobowości.

Marlena była geniuszem autokreacji, przerosła swego nauczyciela von Sternberga, pilnowała swojego wizerunku do końca, a ostatnie lata spędziła samotna, zamknięta w swoim paryskim mieszkaniu, nie pojawiając się nigdzie, nie odpowiadając na telefony i listy. Mówiła zawsze: Prawda o mnie zupełnie mnie nie interesuje. Tak powiedziała i w dokumencie o sobie samej. A jednak jej zdjęcia roześmianej, swobodnej, rozluźnionej, zawsze w otoczeniu mężczyzn, wydają się być prawdziwsze niż zdjęcia jej współczesnych aktorek hollywoodzkich. Legenda o jej wspaniałym gotowaniu i przezwisko, które nosiła w hollywoodzkim świecie, "Kapusta", od kapusty, którą umiała przyrządzać na różne sposoby, i którą karmiła uciekających z Niemiec artystów - Żydów, dla których jej dom był często pierwszą przystanią, pokazują kogoś z nas, kogoś zwykłego i przystępnego, zaprzeczającego temu wykreowanemu i pilnowanemu wizerunkowi.

Marlena jak każda gwiazda jest skazana na legendę skandalu i negatywne interpretacje swego życia, a okrutna, obrzydliwa biografia Marleny napisana przez jej córkę, zaciążyła na jej legendzie poważnie. Nie ma to już dziś większego znaczenia, tak musi być i to normalne, tylko za każdym razem buntuję się, kiedy odbiera się Marlenie szacunek jako człowiekowi. Zachowała się podczas wojny w sposób niezwykły. Demonstracyjnie, z pełną świadomością, że jej nazwisko i pozycja mają ogromne znaczenie, że jest jak sztandar w tej sprawie, i była w tym krańcowo konsekwentna. Bardzo ją za to szanuję i uważam, że jej zachowanie i postępowanie to jeden z ważniejszych gestów stulecia.

Mam do tej k... y szacunek i podziw! Lubię ją też za poczucie humoru i inteligencję. I ciągle mam ochotę powiedzieć: - ODCZEPCIE SIĘ OD NIEJ! Ale po obejrzeniu filmu, w którym Marlena sama mówi o sobie, mogę spokojnie użyć jednego z moich ulubionych powiedzonek: WIECIE CO, MALI LUDZIE? MOŻECIE JEJ NAJWYŻEJ NASKOCZYĆ NA OGON!