PARĘ OSÓB, MAŁY CZAS11 czerwca 2005 Reżyseria - Andrzej Barański Zdjecia - Dariusz Kuc Scenariusz - Andrzej Barański Produkcja - SKORPION ART FILM OBSADA: MIRON BIAŁOSZEWSKI- Andrzej Hudziak JADWIGA STAŃCZAKOWA- Krystyna Janada http://www.itvp.pl/rozrywka/video.html?channel_id=463&site_id=909&genre_id=504&form_id=479&video=23818
Jeśli Krystyna Janda za rolę Jadwigi Stańczakowej, niewidomej przyjaciółki Białoszewskiego, w filmie "Parę osób, mały czas" nie dostanie nagrody za najlepszą rolę żeńską, to znaczy, że wyścig po Złote Lwy nie ma sensu Warszawa. Andrzej Barański robi film o BiałoszewskimW Warszawie powstają zdjęcia do filmu "Miron i Jadwiga" w reżyserii Andrzeja Barańskiego.«- Niezwykła przyjaźń i, jak się wydaje, także uczucie połączyło tych dwoje - mówi reżyser i zarazem scenarzysta filmu Andrzej Barański. Ona niewidoma, i z powodu kalectwa cierpiąca na depresję, stała się jego oczami. On, który ponad słoneczny dzień stawiał noc, zabierał ją na tramwajowe przejażdżki i długie spacery po opustoszałych ulicach. Mimo wielu przeciwności byli razem. Reżysera zainspirowały dzienniki pisane przez Jadwigę Stańczakową od roku 1975 do dnia śmierci Mirona Białoszewskiego w 1983 roku. Autorka jawi się w nich jako kobieta wielkiej życiowej siły. Mimo kalectwa pomagała poecie wykonywać zwykłe prace domowe, kupowała mu ubrania czy chodziła z nim do urzędów. Posługiwała się alfabetem Braille'a, ale jako asystentka Mirona nauczyła się pisać także na zwykłej maszynie. Reżyser mówi, że oczywistą kandydatką do roli Jadwigi - ze względu na podobieństwo charakterów - od początku była Krystyna Janda. Białoszewskiego gra Andrzej Hudziak. Autorem zdjęć jest Dariusz Kuc. Premierę filmu, roboczo zatytułowanego "Miron i Jadwiga", zaplanowano na jesień br. Na zdjęciu: Krystyna Janda jako Jadwiga na planie filmu.» "Połączyła ich ciemna noc" Gdynia. Nowe aktorskie oblicze Jandy?Jeśli Krystyna Janda za rolę Jadwigi Stańczakowej [na zdjęciu], niewidomej przyjaciółki Białoszewskiego, w filmie "Parę osób, mały czas" nie dostanie nagrody za najlepszą rolę żeńską, to znaczy, że wyścig po Złote Lwy nie ma sensu.«Krystyna Janda znakomitych ról ma w swoim dorobku wiele, ale ta jest absolutnie wyjątkowa - zagrana z ogromnym umiarem, stonowana, skoncentrowana na świecie wewnętrznym bohaterki, nie na akcji sterującej jej życiem. To Janda, jakiej dotąd nie znałam. Misternie zbudowana postać Jadwigi Stańczakowej - niewidomej sekretarki i przyjaciółki ekscentrycznego poety Mirona Białoszewskiego (w tej roli Andrzej Hudziak), pisarki i autorki wierszy, kobiety w jesieni życia - odsłania nowe aktorskie oblicze Jandy. Najnowszy film Barańskiego, w którym na czoło wysuwa się postać sekretarki poety, a nie on sam, oparto na konfrontacji stanów ducha głównych bohaterów. To zapis ostatnich lat życia Białoszewskiego z jego oderwaniem od rzeczywistości, życiową nieporadnością, znoszącymi się wzajemnie egocentryzmem i skromnością. Przy nim niewidoma Stańczakowa to przykład zorganizowania i pragmatyzmu. Ona organizuje mu życie i jest jego oczami. Oboje są sobie niezbędni i dobrze funkcjonują tylko w parze, choć parą nigdy nie będą. - To najpiękniejsza miłość, jaka może być - mówi o stosunku niewidomej sekretarki do swojego mistrza Krystyna Janda. Świat z filmu "Parę osób, mały czas" (tytuł zaczerpnięty, rzecz jasna, z twórczości Białoszewskiego) to warszawska bohema literacka lat 70. i 80., której poczynania komentują znawcy literatury: Artur Sandauer, profesor Maria Janion i spotykający się na literackich wtorkach u Białoszewskiego młodzi miłośnicy słowa. - U źródeł myślenia o tym filmie był temat polskiej bohemy, nie nowojorskiej ani paryskiej, zupełnie oddalonej od "Wspólnego pokoju" Uniłowskiego, gdzie nikt nie pije, nie ma otaczającego ją sztafażu, a zostaje czyste myślenie o sztuce - mówi reżyser. W tym świecie, w którym liczy się tylko Literatura, Stańczakowa z czasem przestaje być tylko sekretarką poety, jej umiłowanie poezji każe jej zacząć pisać. Ale Białoszewski nigdy tego do końca nie zaakceptuje. Zazdrość? Znajomość rzeczy? Film Barańskiego (twórcy m.in. "Wszyscy święci", "Dwa księżyce", "Tabu", "Kawalerskie życie na obczyźnie" i "Nad rzeką, której nie ma") powstał na podstawie książki Jadwigi Stańczakowej "Dziennik we dwoje", w którym opisywała są niezwykłą przyjaźń z Białoszewskim. Książki nie znam, ale poznam na pewno. Słowo się rzekło - Jak to dobrze, że mamy możliwość wydobycia tamtego czasu, rzeczywistości pogardliwie określanej jako PRL, a która była wspaniałą, przebogatą i zupełnie niedocenianą kopalnią życia - mówił po projekcji Tadeusz Sobolewski, zięć Jadwigi Stańczakowej, filmowy Tadek, dziennikarz "Gazety Wyborczej".» Katarzyna Fryc Warszawa. Barański kończy film o BiałoszewskimAndrzej Barański kończy obraz "Parę osób, mały czas" o ostatnich siedmiu latach życia Mirona Białoszewskiego [na zdjęciu] jego przyjaźni z Jadwigą Stańczakową.«Miron Białoszewski - poeta, prozaik, dramaturg, przedstawiciel poezji lingwistycznej, autor "Pamiętnika z powstania warszawskiego". Jadwiga Stańczakowa - niewidoma poetka i pisarka, która przyjaźń z Białoszewskim opisała potem w tekście "Odmienił moje życie", opublikowanym w książce "Miron. Wspomnienia o poecie". - Połączyła ich ciemność - mówi reżyser. - Białoszewski nie cierpiał słońca i światła. Najbardziej lubił noc. Stańczakowa straciła wzrok po urodzeniu dziecka. Było między nimi coś bardzo pięknego. Nie miłość, jako że Białoszewski miał inne skłonności, ale bliskośćdusz. Oboje bardzo cenili to, że się odnaleźli. W filmie pojawia się kilka wątków. Bardzo ważna jest opowieść o losach Stańczakowej, dziennikarki i poetki, która dopiero w czasie znajomości z Białoszewskim opisała świat osoby niewidzącej. Zazwyczaj uważa się, że człowiek niepełnosprawny powinien żyć i zachowywać się tak, jakby jego kalectwo nie istniało. Podobno to Białoszewski namówił przyjaciółkę, by pisała o życiu osoby zanurzonej w ciemnościach. - Interesuje mnie również ich wzajemny wpływ na siebie -mówi Andrzej Barański. - Dzięki tej przyjaźni Miron Białoszewski odkrył nową technikę zapisu, która otworzyła przed nim inne horyzonty.Zaczął też dostrzegać wokół siebie szczegóły, które przedtem uchodziły jego uwagi i to natychmiast odbiło się na jego twórczości. Bardzo dużo dawali sobie na co dzień. Stańczakowa opiekowała się Mironem, kupowała mu buty, spodnie. Choć niewidoma, była jego sekretarzem, przepisywała mu na maszynie wiersze. Ale sama cierpiała na depresję. Trafiała do szpitala, którego potwornie się bała. Mironczuł, kiedy depresja się zbliża, i czasem siłą ją z niej wyciągał. W rolach głównych wystąpiła dwójka znakomitych aktorów: Krystyna Janda i Andrzej Hudziak ze Starego Teatru w Krakowie. - Krystyna Janda była od początku zainteresowana tą rolą. Tak naprawdę była jej wierna przez siedem lat, bo wtedy rozmawialiśmy o filmie po raz pierwszy - mówi Barański. - Andrzej to znakomity aktor, a na dodatek bardzo do Białoszewskiego podobny. Barański skupia się na wydarzeniach z lat 1975 - 1983, pokazując koleje tej pięknej przyjaźni. - Chcę też pokazać, jak bardzo ich twórczość wywodzi się z życia - wyjaśnia reżyser. Film "Parę osób, mały czas" powstał na taśmie magnetycznej. Zdjęcia zrobił Dariusz Kuc. Producentem filmu jest Telewizja Polska.» "Dwoje artystów i ciemność" Gdynia. Dziennikarze nagrodzili film BarańskiegoNagrodę Dziennikarzy dobiegającego końca 30. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni dostał film "Parę osób, mały czas" Andrzeja Barańskiego.Z ponad setki dziennikarzy, którzy przyjechali na gdyński festiwal w głosowaniu wzięło udział zaledwie 14 osób, a i tak trudno było o jednoznaczny werdykt. W kuluarach mówi się, że to symptomatyczne dla tegorocznego festiwalu, który uchodzi za najsłabszy od lat. Zabrakło filmu, który zachwyciłby większość widzów. W głosowaniu dziennikarzy wygrał skromny, telewizyjny film Andrzeja Barańskiego o przyjaźni Mirona Białoszewskiego z niewidomą pisarką Jadwigą Stańczakową, która pracowała jako sekretarka poety - przepisywała jego teksty, kupowała mu odzież, gotowała obiady, załatwiała sprawy w urzędach. Niezaradność poety sprawiła, że niewidoma pisarka znalazła w sobie siłę do zmagań ze światem. Białoszewski natomiast udzielał jej rad dotyczących pisania dziennika. Stali się sobie tak bliscy jak dobre małżeństwo, mimo że Białoszewski był homoseksualistą, co w filmie zostało zaznaczone. Wiele pochwał zebrały kreacje aktorskie - rola Krystyny Jandy jako Jadwigi Stańczakowej i Andrzeja Hudziaka w roli Białoszewskiego. Głosowanie dziennikarzy odbywało się w dwu turach. "Parę osób, mały czas" rywalizował z filmem "Oda do radości" młodych reżyserów: Anny Kazejak-Dawid, Jana Komasy i Macieja Migasa. Trójka reżyserów przedstawiła w nim trzy historie, trzy wizje polskiej rzeczywistości. Bohaterami filmu są młodzi ludzie z różnych środowisk i regionów. Ich losy splatają się w jednym miejscu - autobusie do Londynu. Na zdjęciu: Krystyna Janda i Igor Przegrodzki na planie filmu. "Dziennikarze nagrodzili film Barańskiego" Parę osób mały czas, reż. Andrzej Barański W piątek, 27 kwietnia odbędzie się premiera filmu Andrzeja Barańskiego pt. „Parę osób, mały czas”. Telewizja Polska jest współproducentem filmu.
fot. Renata Pajchel
Film Andrzeja Barańskiego jest historią opartą na podstawie książki „Dziennik we dwoje" autorstwa Jadwigi Stańczakowej, wieloletniej przyjaciółki Mirona Białoszewskiego. Reżyser pokazuje niezwykłą przyjaźń i rywalizację dwojga poetów – niewidomej, początkującej pisarki Jadwigi i wielkiej pisarskiej sławy, Mirona Białoszewskiego. Ich wzajemne relacje, wpływ na życie i twórczość. Jadwiga pełni rolę sekretarza Mirona – nagrywa na magnetofon dyktowane przez niego teksty, a następnie przepisuje je na maszynie. Poeta odwzajemnia się udzielając rad i poprawiając pisany przez nią dziennik. Są sobie potrzebni i to zarówno ze względów praktycznych – ona niewidoma, on nieco zagubiony i niezaradny w sprawach codziennych - jak i psychicznych.
fot. Renata Pajchel
Wielkie kreacje aktorskie stworzyli w filmie Barańskiego Krystyna Janda, jako niewidoma Jadwiga Stańczakowa, oraz Andrzej Hudziak, który wcielił się w postać Mirona Białoszewskiego. W pozostałych rolach wystąpili: Igor Przegrodzki, Arkadiusz Detmer, Monika Obara, Witold Skaruch, Elżbieta Kępińska, Krystyna Tkacz, Maria Gładkowska, Joanna Pierzak, Zdzisław Wardejn i inni.
Życiopisanie
Andrzej Barański o Mironie Białoszewskim i Jadwidze Stańczakowej
"Męczy się człowiek / Miron męczy". Jadąc na plan "Mirona i Jadwigi" Andrzeja Barańskiego wziąłem ze sobą mój ulubiony tom Białoszewskiego, "Mylne wzruszenia". "Co to będzie? / jeszcze jeszcze / myślę / kiedy to będzie / przyjeż-dżam". Przyjechałem.
Jak zawsze w filmach Andrzeja Barańskiego - cały świat zamknięty w szczególe. Przedmioty z “Mirona i Jadwigi” kryją w sobie pamięć zasłyszanych dawno rozmów, śmiechów i dramatów. W kuchni, na korytarzu, nawet w toalecie kwiaty. Piwonie i mimozy. Naręcza kwiatów, które tak lubił Białoszewski. W pokoju Jadwigi schulzowskie fantazmaty - końskie włosie, wiklinowe warkocze, pusta doniczka. W pustej doniczce sztućce. Kiedyś były na pokaz, ale zardzewiały i nikt już nie chce ich pokazywać. Toteż stoją sobie w tej doniczce, nieużywane. Obrażone, że nie.
Krystyna Janda (Jadwiga) i Andrzej Hudziak (Miron)
- Tę dwójkę połączyła ciemność - mówi Andrzej Barański. - Białoszewski nie lubił słońca, światła. W jego mieszkaniu nigdy nie było widno. Zamalowywał szyby czarną farbą. Chciał, żeby od świtu do nocy w jego mieszkaniu był mrok.
Łukasz Maciejewski
WYWIAD Oboje nie mogli bez siebie żyć. Rozmowa z Andrzejem Barańskim.
"Parę osób, mały czas" w reżyserii Andrzeja Barańskiego, przebyło długą drogę zanim dotarło do miejsca przeznaczenia, czyli kinowej sali. Siedem lat oczekiwań, najpierw na realizację, potem dwa lata na wejście filmu na duży ekran. Dziś niezwykle wrażliwy, subtelny ale i wyrazisty obraz ma w końcu szansę na konfrontację z widzem. Stopklatka rozmawiała z reżyserem na chwilę przed premierą filmu. Główną bohaterką filmu "Parę osób, mały czas" jest Jadwiga Stańczakowa, osoba niewidoma. Mieszka z apodyktycznym ojcem, którego nadopiekuńczość sprawiła, że jest osobą niesamodzielną. Przyjaźń z Mironem Białoszewskim, człowiekiem nieco ekscentrycznym, poetą i oryginalnym prozaikiem całkowicie odmienia jej życie. Niezaradność Mirona w sprawach codziennych uaktywnia i usamodzielnia Jadwigę, która zaczyna pełnić rolę jego sekretarza... Artur Cichmiński: Historia tego filmu liczy sobie, co najmniej siedem lat... Andrzej Barański: Siedem lat czekałem na skierowanie tego projektu do produkcji. Była gotowość i chęć, ale brakowało możliwości, aby z tym ruszyć. Sam scenariusz powstał natomiast już po śmierci Stańczakowej. Dziś wręcz żałuję, że nie mogła ona dożyć momentu, w którym film został ukończony, gdyż byłby to dla niej jeszcze jeden dowód jej sukcesu. Mimo iż zaczęła pisać swoje książki dość późno, będąc jednocześnie osobą niewidomą, wydała ich kilkanaście. Gdyby film powstał za jej życia, mogłaby to jeszcze w jakiś sposób zapisać sobie, co byłoby dla niej na pewno wielką satysfakcją. Podobno jakimś specjalnym bodźcem, do zrobienia "Parę osób, mały czas" była dedykacja, jaką złożyła Panu właśnie Jadwiga Stańczakowa? Nawet jeszcze po śmierci Mirona Białoszewskiego, Jadwiga Stańczakowa prowadziła przez jakiś czas ten jego sekretariacik. Po prostu chciała, aby jego dzieło dalej funkcjonowało jak najlepiej. Ja w tym czasie starałem się u spadkobiercy praw autorskich Mirona, Leszka Solińskiego o prawo do sfilmowania "Zawału". Były z tym pewne kłopoty i żeby mnie poniekąd zdopingować w wytrwałości, Stańczakowa napisała mi dedykację na swojej nowej wtedy książce, czyli "Dzienniku we dwoje". Dedykacją tą przejąłem się rzeczywiście, ale jeszcze bardziej już samą książką. Stwierdziłem, że jest to coś takiego bardzo dla mnie. Od lat już interesowałem się Białoszewskim, jednak nigdy nie miałem takiego konkretnego pomysłu na zajęcie się jego osobą. Może poza takimi rzeczami, jak np. ekranizacja "Zawału". Natomiast tutaj od razu poczułem formę filmu, jaki powinien w przyszłości powstać. Czyli gatunek, który lubię i jakim jest dziennik. W nim to zapisuje się dzień bez ukierunkowania, a nie jak jest to np. w powieści, że jeśli w pierwszym akcie na ścianie jest zawieszona strzelba, to w piątym musi ona wypalić. W dzienniku jest fajna forma, objawiająca się chociażby poprzez bezinteresowność tych zapisów. Ważne jest tylko to, co rzeczywiście zwróciło uwagę autora, danego dnia. Czasami nie jest to nawet wymiar konkretnego zdarzenia, tylko taki osobisty adres - jakieś rozlane mleko, jakiś mały problem, po prostu fragment rzeczywistości zatrzymany w jednej, podsumowującej dany dzień, myśli. Z kolei suma tych małych, bezinteresownych zapisków, ale postrzegana z większej perspektywy tworzy nam już obraz dość całościowy. Nigdy też nie miałem zamiaru robienia regularnej biografii, a tu miałem akurat parę dość intensywnych lat z życia Białoszewskiego i nie tylko w sensie zapisków, ale równeiż rozkwitu tego szczególnego związku. Jak poznali się Białoszewski ze Stańczakową? Najpierw studenci polonistyki, a wśród nich córka Stańczakowej, "wdarli" się do mieszkania Mirona na Pl. Dąbrowskiego. Nastąpił wtedy swego rodzaju wyłom w szczelnej ochronie Leszka Solińskiego, który dbał w tym czasie o spokój Mirona, co zaowocowało cotygodniowymi u niego spotkaniami. Profesorowie pomieszani ze studentami siedzieli na podłodze, a Miron paląc papierosy, w piżamie na łóżku. Były to dość szczególne i zdecydowanie nie instytucjonalnie zorganizowane wieczory autorskie. Któregoś dnia Miron wstąpił zaproszony przez córkę Stańczakowej do ich mieszkania na Hożej i tak się oboje poznali. Można też powiedzieć, że przyjaźń ta zaskoczyła dość nagle i na tyle intensywnie, że dość szybko okazało się, iż oboje nie mogli bez siebie żyć. Czy Białoszewski, mógł czuć do niej coś więcej, czy się z tym kiedyś może zdradził? Ze strony Mirona, to zdecydowanie była tylko przyjaźń. Natomiast ona, mogła ewentualnie pragnąć bliższego związku. W tej chwili jednak nikt nie jest w stanie powiedzieć, jakie mogłyby być rokowania tego związku, gdyby Miron żył trochę dłużej. Z Pana filmu i interpretacji Krystyny Jandy możemy się domyślać, że jednak na coś liczyła. Czegoś z jego strony na pewno oczekiwała, może nawet jakiegoś gestu wychodzącego poza ramy czystej tylko przyjaźni. Jednak od Mirona trudno było doczekać się czegokolwiek. Ona sama z kolei najlepiej chyba odbierała i rozumiała jego sposób bycia. Wiedziała, że nie ma w nim żadnej negatywnej intencji, nawet kiedy mogłoby się wydawać, że była przez niego wykorzystywana. To wszystko polegało na wielkim zaufaniu obu stron. Faktem też było, że Stańczakowa naprawdę odnajdowała przyjemność w świadczeniu pewnych dla niego usług. Nawet wyjście po koszulę dla Mirona i dyskusja na temat jej koloru, w dużym stopniu były dla niej pewną wycieczką z kalectwa do normalności. Zresztą jedną z zasług Mirona było to, że ojciec Stańczakowej w końcu tę jej "smycz" znacznie wydłużył. Zaczęła wtedy wychodzić z domu, intensywnie uczestniczyła w spotkaniach u Białoszewskiego. Stawała się jeszcze bardziej samodzielna. Była to też osoba, o dość wysokim stopniu świadomości. Swojej ślepoty nie odbierała w kategoriach kalectwa degradującego człowieka, tylko stanowiącego pewną w życiu przeszkodę. Natomiast wszystkie te wycieczki z Mironem były nie tylko wyprawami krajoznawczymi, ale również literackimi. On w swój specyficzny, a jednocześnie twórczy, odkrywczy i awangardowy sposób opowiadał jej o tym świecie. I w tym świecie słów, ustawionych w specjalnym szyku, ona przebywała. Były to dla niej również specjalne lekcje literatury, poezji. Z jej strony nie było też potem jakiegoś naśladownictwa, a jedynie element inspiracji i poszerzenie świadomości literackiej, którą Stańczakowa, będąc dziennikarką, przecież miała. Kiedy jednak zdecydowała się spróbować własnych sił w poezji, popchnięta niejako znajomością z Białoszewskim, paradoksalnie wywołało to w nim poczucie zazdrości. Nawet nie paradoksalnie. U Mirona była to reguła, że nie lubił osób piszących w swoim otoczeniu. Czyżby przemawiała za nim trochę próżność? Tak, z jednej strony. Z drugiej rzecz, która wydawała się bardziej praktyczna. On opisywał to, co się działo, tak jak i Jadwiga. Miał do niej wielkie o to pretensje, że pisze o tych samych osobach i wydarzeniach. Jej pierwsze pisarskie próby były zresztą takie, jak wszystkich widzących. Tymczasem Białoszewski chciał by jej wiersze były wyrazem osoby niewidzącej. Dla czytelnika interesujący powinien być świat widziany jej oczami, a nie w konwencji postrzegania otoczenia przez innego poetę. Cały nacisk kładł na to, aby opisywać to, co "widzi" osoba niewidoma. Z kolei dyskusje Mirona o literaturze odbiegały znacznie od przyjętych norm. Sam miał też preferencje do literatury, nazwijmy to, mało poważnej. Jakaś książka podróżnicza, jakaś pseudo podróżnicza, o której później pisano, że autor popełnił ją nie będąc nawet w tym kraju. Ale takim właśnie się Białoszewski urodził, taki miał instynkt i widocznie coś takiego było mu akurat potrzebne. On czytając tamto myślał o literaturze wyższej. Czy Miron Białoszewski był człowiekiem szczęśliwym? W filmie widzimy, że ma pewne problemy z funkcjonowaniem w otaczającym go świecie. Wbrew wszystkiemu, ktoś z bliskiego grona powiedział kiedyś o życiu Mirona - maksymalnie udana egzystencja. Wydaje mi się, że absolutnie tak właśnie było. Był on człowiekiem szczęśliwym. Wszystkie te jego mankamenty dotyczące chociażby kontaktów z innymi ludźmi, poruszania się pomiędzy nimi i taka właściwie bezbronność, spowodowały jednak, że on w taki dość naturalny sposób wytrwał w tym swoim młodzieńczym kierunku. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych był człowiekiem zupełnie poza społeczeństwem, poza nawiasem. Wiązało się to między innymi z tym, że nie był nigdzie etatowym pracownikiem. Właściwie nic nie drukował, nic nie zarabiał. Był całkowicie poza nawiasem społeczeństwa budującego wtedy socjalizm. To, co pisał nie miało najmniejszych perspektyw. Nikt wówczas nie wierzył, że kiedykolwiek coś się w tym kraju zmieni. Jego twórczość nie miała jakichkolwiek wtedy szans na ustawienie się w szeregu, obok innych poetów i różnych "geniuszy". Jednak dzięki temu, że był on taki, jaki był, to szczęśliwie przetrwał ten okres, wyszedł z niego ze świadomością, co chce i jak chce pisać. Nigdy się też nie zmienił, również po pierwszych swoich sukcesach. Lubił słuchać muzyki, kupował płyty. Miał zawsze swoje bardzo osobne zdanie na ten temat. Nie zmienił także swoich upodobań konsumpcyjnych, nadal lubił swoje serki. Można dziś powiedzieć, ze przez te swoje różne niedostatki, zbudował bogatą i udaną egzystencję. Perfekcyjnie w Pana filmie dobrani są odtwórcy głównych ról. Czy ten wybór, Krystyny Jandy i Andrzeja Hudziaka w roli Mirona Białoszewskiego był od początku dla Pana jasny? Rzeczywiście, o pani Krystynie myślałem od samego początku. Stańczakowa była bardzo energiczną, władczą osobą. Miała nawet zresztą swój domowy pseudonim - "Mamuta". Faktycznie trzymała wszystko dość mocno w swoich rękach, sama posiadała też olbrzymią energię, której nie potrafiła wyhamować nawet ślepota. Kiedy straciła wzrok wszystko opanowała w dość krótkim czasie. Nauczyła się czytać i pisać brajlem. Później cały jej dzień był już mocno wypełniony, od rana do nocy. Oczywiście kiedy pojawił się Miron, ten rytm uległ zmianie i nie tylko od świtu do wieczora, ale była też aktywna o każdej porze doby. Co prawda, obie Panie różnią się chociażby wzrostem, pani Krystyna jest osobą znacznie wyższą, jednak cechy wspólne całkowicie sprowadzają ten bilans na plus. Andrzej Hudziak, aktor Teatru Starego w Krakowie Ulubiony aktor Krystiana Lupy. W tym filmie przyjął też dość ryzykowną metodę gry, która polegała na tym, ze tuż przed ujęciem, starał się wszystko zapomnieć. To, po co wchodzi do pokoju, co ma powiedzieć, co go tam spotka. Chodziło mu przede wszystkim, aby wejść w to wszystko jakby po raz pierwszy i reagować naturalnie na wydarzenia, do których tam dochodziło. Zdarzało się też czasami, że zapominał niektórych rzeczy aż za bardzo, ale już w następnym czy kolejnym dublu wszystko wracało pod kontrolę. Żeby tak grać, trzeba chyba było na ten czas po prostu stać się Białoszewskim... Na pewno. Tu były nawet wykonane, ale niewielkie zmiany charakteryzatorskie, gdyż obaj są do siebie bardzo podobni. Oczywiście zawsze robi się coś jeszcze, aby bardziej się do kogoś upodobnić, bo często bywa tak, że czegoś tam mimo wszystko brakuje. Andrzej Hudziak, rzeczywiście bardzo się utożsamił z Białoszewskim, niemal we wszystkich kategoriach. Zresztą on sam z natury też ma dużo takich cech outsiderskich. Pokazuje Pan również sceny, w których Miron Białoszewski realizuje swoje filmy. Czym był dla niego ten przejaw twórczości? Były dwa teatry, na początku na Tarczyńskiej, później na Dąbrowskiego. Następnie nastąpił okres, który Miron nazwał "filmikowaniem". Zresztą jego operator, Roman Klewin, niewiele z nich doprowadzał do finalnej wersji. Często w ogóle ich nie wywoływał. Dopiero Piotr Morawski zadał sobie olbrzymi trud realizując dokument pt. "W pobliżu Mirona", w którym te wszystkie jego tasiemki zebrał w jedną całość. Pan Piotr udostępnił mi potem swój film, więc mogłem naoglądać się do woli tego, co tam Miron tworzył. Wybrałem też konkretny obraz, takie tuż powojenne wspomnienie z ulicy Poznańskiej, co zostało w moim filmie zainscenizowane. Natomiast sam Miron poprzez to swoje "filmikowanie" zastępował w pewien sposób teatr. Odbywało się to na zasadzie, że rzeczywistość w tych naprawdę bardzo amatorskich filmach była bardzo teatralna, umowna. Brali w nim udział bardzo młodzi ludzie, studenci. Są tam również śmiałe sceny erotyczne, dziewczyny występują z nagimi biustami. U mnie są one w bieliźnie. A dlaczego w ogóle nawiązałem do tej działalności Mirona? W filmie, w proporcjach półtoragodzinnych, starałem się zawrzeć wszystko, co było dla niego wyraziste. I chociaż nigdy nie miałem pretensji biograficznych, to jest tutaj jego praktycznie cała biografia, chociaż przede wszystkim czytelna dla wtajemniczonych. Na przykład Lech Emfazy Stefański, który para się tutaj eksperymentami jest właścicielem mieszkania na Tarczyńskiej, twórcą odbywającego się tam teatru. Pojawia się również Artur Sandauer, który robi wykład na temat miejsca Mirona w polskiej poezji. Również inne rzeczy, jak chociażby opowieści Mirona, kiedy porcjował sobie odpowiednio chleb, by najeść się małą ilością w czasie okupacji. Także odniesienia do Garwolina. Poza tym te jego szczególne usytuowanie w ostatnim okresie jego życia, z którego on sam był zresztą bardzo zadowolony. Wręcz uważał, że miał wszystkiego aż za dużo. Specjalnie też nie wypatrywał zmian politycznych i nie odnosił się do nich z entuzjazmem. Na przykład jeśli podczas spotkania rozmowy o polityce nabierały na sile, on zaczynał opowiadać o krowie spotkanej w Garwolinie. Natomiast kiedy zaczęło się w kraju to już prawdziwe polityczne wrzenie, zastanawiał się nawet nad likwidacją spotkań w jego mieszkaniu. I nie dlatego, że się czegoś bał, czy coś w tym stylu, on zawsze był i pozostał w tym względzie niezależny. Nawet wtedy kiedy mógł być posądzony o brak zaangażowania i opowiedzenia się po właściwej stronie. Białoszewski był obojętny na politykę, czy się wręcz jej brzydził? Nie lubił polityki. Ona jest czymś więcej niż mówieniem o tym, że nie było w sklepie twarożku, co go strasznie wkurzało. Polityka była dla niego wykraczaniem poza siebie, poza swoje mieszkanie. Z drugiej strony wiedział też, że wszystkiego nie da się zmienić. Natomiast był przekonany, że szczęście można odnaleźć tylko w małych rzeczach. Trzecia sprawa to, historia. Jak sam mówi - "przeżył Hitlera, przeżył Stalina i chciałby już na tym poprzestać". Czy kiedykolwiek wcześniej, zanim jeszcze Jadwiga Stańczakowa napisała "Dziennik we dwoje" myślał pan o zrobieniu filmu o samym Mironie? Kiedy objawiła się dla mnie twórczość Mirona, zupełnie nie wiedziałem o istnieniu Jadwigi Stańczakowej. Natomiast film o nim chciałem zrobić tuż po zakończeniu szkoły filmowej. Również na podobnej zasadzie, co ten. Było takie jego opowiadanie zatytułowane "O świetle". Historia rozgrywająca się na klatce schodowej, gdzie spotykają się lokatorzy, po tym, jak w ich mieszkaniach gaśnie światło. Opowiadanie to miało być jednocześnie pretekstem do zilustrowania sylwetki poety. Miałem już zgodę od autora na realizację, jednak ku memu ogromnemu zaskoczeniu usłyszałem, że to jeszcze nie jest poeta, o którym trzeba robić filmy. Było to dla mnie ogromną niespodzianką, ponieważ obok Różewicza, uważałem Białoszewskiego za jednego z najlepszych naszych wtedy twórców. Okazało się też, że na decyzję ministerstwa, musiały wpłynąć zupełnie inne względy. Stało się jednak, jak się stało i w końcu po trzydziestu latach dopadłem Mirona w tym filmie. Tak chwalony, goszczący na festiwalach film, jak Pański musiał odczekać prawie dwa lata na to, aby w końcu wejść na ekrany kin. Jest to dla mnie wciąż nie do końca zrozumiała historia. Właściwie od początku byli ludzie, którzy chcieli go rozpowszechniać. Film był przez pewien czas w planach ITI Cinema, jednak dystrybutor podobno nie mógł się dogadać z telewizją publiczną. Długo to wszystko potem trwało, ale w końcu i niespodziewanie udało się film wprowadzić na ekrany. Jest to ważne, ponieważ wiadomo, że filmy będą w końcu wracać do kin. Powstaną również kina, na wzór tych w Paryżu, gdzie praktycznie w ciągu jednego dnia będzie można zobaczyć duży dorobek kina światowego. Powstaną ośrodki nie nastawione tylko i wyłącznie na sukces komercyjny. Obejrzenie tego filmu na dużym ekranie wnosi coś jeszcze, aniżeli jego odbiór w formacie telewizyjnym. Duży ekran powoduje jednak, że jesteśmy bardziej w środku całej tej opowieści. Dziękuję bardzo za romowę
Parę osób, mały czas tytuł oryginalny: Parę osób, mały czas reżyseria: Andrzej Barański czas trwania: 101 min. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych Gdynia 2005
PARĘ OSÓB, MAŁY CZAS Reżyseria: Andrzej Barański Opis Jadwiga Stańczakowa (Janda) - dziennikarka i poetka - po całkowitej utracie wzroku mieszka ze starym ojcem (Przegrodzki) w Warszawie. Wydaje się, że najważniejszą rolę w jej życiu odgrywa przyjaźń z wybitnym poetą Mironem Białoszewkim (Hudziak). Oboje wspierają się. Ona, mimo że niesamodzielna, opiekuje się zagubionym w rzeczywistości artystą. On inspiruje ją do pracy. Przyjaźń pary poetów nie jest jednak łatwa. Recenzja Andrzej Barański jest reżyserem, który od lat idzie własną drogą. Nie poddaje się modom, filmowej koniunkturze i konsekwentnie robi swoje autorskie kino. Dobre kino. Jego przedostatni obraz, Parę osób, mały czas, to historia przyjaźni Jadwigi Stańczakowej i Mirona Białoszewskiego. Bohaterowie nie są ludźmi młodymi (historia toczy się na przestrzeni jednej dekady - od połowy lat 70. do śmierci poety w 1983 roku). Ona jest niewidoma, kiedyś była dziennikarką, teraz mieszka z ojcem, ma dorosłą córkę i wnuczkę, jednak sens jej życiu nadaje przyjaźń z Mironem, opiekowanie się nim. Białoszewski, z traumą Powstania Warszawskiego, nie odnajdujący się w peerelowskiej rzeczywistości, potrzebujący wsparcia w rzeczach najprostszych - które daje mu właśnie Jadwiga. Ale łączy ich nie tylko wrażliwość i literacka pasja. Oboje cierpią na depresję. To zbliża ich jeszcze bardziej. Reżyser pokazał tę historię bardzo prostymi środkami. Parę osób, mały czas to film "ciasny", zrealizowany w małych naturalnych wnętrzach, z kamerą skupioną na bohaterach. Ta ciasnota pozwala nam odczuć nie tylko fizyczny stan "życia w PRL-u", ale także oddaje stan ducha bohaterów. Opowieść rozgrywa się w szeregu obyczajowych scenek - to one odmalowują wzajemne, często trudne relacje Jadwigi i Mirona, lecz również prezentują środowisko skupione wokół Białoszewskiego. Barański subtelnie kreśli portrety swoich bohaterów. Lęk Jadwigi przed światem zewnętrznym, a tym samym przed samodzielnością, tęsknota Mirona za dawnym kochankiem, egocentryzm, chwile euforii oraz psychicznych zapaści obojga. W ich przyjaźni jest miejsce na czułość, ale i na ścieranie się charakterów. Dla Jadwigi praca z Mironem stanowi inspirację dla własnej twórczości, lecz artysta bywa boleśnie szczery, czasami zwyczajnie okrutny. Kobieta buntuje się przeciwko jego opiniom, walczy o własną artystyczną autonomię. Tytuł Parę osób, mały czas w pełni oddaje to, jaki obraz Barańskiego jest. Mały film, ale wielkie kino. Takie, które wciąga podczas seansu i zostaje w głowie. To opowieść o dwóch osobach, skupiona na dwójce aktorów. I to właśnie Krystyna Janda i Andrzej Hudziak sprawiają, że Jadwiga Stańczakowa i Miron Białoszewski na ekranie żyją. Naprawdę, boleśnie, przejmująco. Marta Miś
Parę osób, mały czas (2005) Recenzja "Małe wielkie kino" poniedziałek, 04 grudnia 2006 17:08 Historia niezwykłej przyjaźni niewidomej "sekretarki" i wybitnego poety. Historia o tyle poruszającą, że prawdziwą. http://www.seattlefilm.org/festival/film/detail.aspx?id=21841&fid=32 http://www.seattlefilm.org/festival/calendar/index.aspx?mode=1&GID=-1&date=6/13/2007%20&FID=32http://serwisy.gazeta.pl/film/1,22535,4086795.html |