Księga Błam

11 czerwca 2001

Było tak. Siedziałam z nimi przy stole w pewnym domu w Niemczech. Było późno. Nasze dzieci oglądały jakiś film na video. 
- Ja mieszkałem wtedy w Łodzi, u takiego doktora, co był wtedy, pamiętam, najlepszym ginekologiem - mówił Kurt Weber, operator filmowy, były profesor mojego męża, przed 68 rokiem prodziekan wydziału operatorskiego w Łódzkiej Szkole Filmowej. 
- Co ty opowiadasz, najlepszym ginekologiem w Łodzi był profesor... cholera, zapomniałem, jak on się nazywał... on miał gabinet na Piotrkowskiej - zaprotestował Wiktor Szacki, nasz przyjaciel, chemik, od 68 roku pracujący i mieszkający w Niemczech. 
- Mamo!!! Daj nam cherry-coli! - krzyczały moje dzieci z sąsiedniego pokoju. 
- Edward - odezwałam się do męża - Kurt mi dzisiaj na nartach opowiadał o niezwykłej książce. 
- Tak - potwierdził Kurt - tam jest najpiękniejsza dla mnie scena z literatury, jaką znam, że żaden reżyser jeszcze na to nie wpadł, żeby coś takiego nakręcić... 
- No wiesz! - ryknął Wiktor - mówiłeś mi, że twoja ulubiona scena z literatury, to ta, wiesz, która, no ta ze Szwejka! Pamiętasz? ... on mówi: - Spotkamy się o szóstej, po wojnie. A on mu odpowiada: - Dobrze, to ja przyjdę pół godziny wcześniej ... pamiętasz? To ty otworzyłeś mi oczy na tę scenę, i teraz mówisz, że inna jest dla ciebie najwspanialsza? 
- Kiedy to było! - śmiał się Kurt - ja po prostu, od tamtej pory, przeczytałem jeszcze jedną książkę... w przeciwieństwie do ciebie. 
- Zawiodłem się na tobie, oszukałeś mnie, świat mi się wali... Zdrajca! - wymyślał mu Wiktor. 
- O jaką książkę i scenę chodzi? - dopytywał się mój mąż. 
- Scenę z Księgi Błam Aleksandra Tismy, to taki serbski pół-Żyd z Nowego Sadu. Ja to czytałem po niemiecku. 
   W tym czasie Wiktor telefonował: - Luta! Jaki tuż po wojnie był najlepszy ginekolog w Łodzi? 
- Czyś ty zwariował, teraz dzwonisz do Izraela? - krzyczała żona Wiktora z kuchni - Która tam teraz jest godzina? 
- Ta książka opowiada - kontynuował Kurt - o losie żydowskiej rodziny Błam w latach wojny. Byłem tą książką głęboko, osobiście poruszony, gdyż dzieje rodziny mojego wujka, Oskara Webera, który mieszkał w Nowym Sadzie, mają wiele punktów stycznych... 
- Bella! - rozmawiał z kolejną osobą Wiktor - a widzisz, jednak zostałaś w Nowym Jorku, a mówiłaś, że jedziesz na święta do Paryża?! - Aha, dobrze, słuchaj, może ty pamiętasz, jak się nazywał ten najlepszy ginekolog w Łodzi, ten wiesz, on mieszkał na Piotrkowskiej? Nie mogę sobie przypomnieć nazwiska... 
- Wiktor! Nie dzwoń do ludzi o tej porze! - upominała go znów jego żona. - Ty całkiem zwariowałeś! 
- Przecież dzwonię do Nowego Jorku, tam jest inna pora! 
- W Nowym Sadzie skupili Żydów przed wywózką w synagodze i na zieleńcu przed nią, to jest tam opisane, było tam masę ludzi. Dookoła tego zieleńca synagogowego było takie ogrodzenie, wiesz - tłumaczył mojemu mężowi - po dwóch, trzech godzinach, pod tym ogrodzeniem zaczęły się gromadzić psy i koty z całego miasta, szukające swoich właścicieli. I potem, przez całą noc, ludzie rozmawiali ze swoimi zwierzętami, przez to ogrodzenie. Niesamowita scena. 
   Brzęczał telefon. Wiktor rozmawiał z Wiesią z Warszawy, do której zadzwoniła Bella z Nowego Jorku. - Też nie pamięta! - oznajmił wszystkim. 
- A kiedy rano - ciągnął Kurt - podjechały ciężarówki i zapakowali na nie Żydów, żeby zawieźć do kolei, i wtedy, za tą kolumną samochodów, przez całe miasto, pobiegł tłum kotów i psów. Co to za obraz! 
   Telefon. Podnosi żona Wiktora. 
- Luta pyta, czy on się przypadkowo nie nazywał Siekierski? 
- Nie, nie Siekierski - odpowiedział Kurt, ten, u którego ja mieszkałem, był naprawdę świetny, przychodziło do niego wiele pań, widziałem je... - Wiesz Wiktor, kto by wiedział? Dzunia! No ale ona... – poczekaj, mam telefon do jej córki... 
- Pewnie do Australii - uśmiechnęła się do mnie żona Wiktora, niosąc colę dla dzieci, o której ja całkowicie zapomniałam. 
- Czy ten pisarz był w Polsce tłumaczony? - zastanawiał się mój mąż. 
- W Niemczech wydano chyba trzy jego powieści: Capo, Wierność i Zdrada i Księgę Błam, wszystkie są z czasów wojny i dzieją się w Nowym Sadzie. 
- Kurcie, jestem zmęczona, chciałabym już wrócić do nas - odezwała się cicha, w przeciwieństwie do nas Polaków, niemiecka żona Kurta. 
- Dobranoc. 
- No my spać nie będziemy! - westchnęła zrezygnowana żona Wiktora. Znam Bellę, będzie dzwonić dziś całą noc w sprawie tego ginekologa, jestem pewna, że teraz wydzwania po całym świecie. 
- Słuchaj! - ostrzegawczo krzyknął do niej Wiktor - jak któreś z nas umrze, to ja się przenoszę na Riwierę!!! 
- Jakie cudne!!! - zawyłam z zachwytu. 
- Nie znałaś tego? - to stare, to powiedzenie sprzed wojny. 
- Dobranoc. 
   Następnego dnia dostaliśmy telefon z Petersburga; kuzyn Wiktora przypomniał mu nazwisko ginekologa z Łodzi.